Narodziny gwiazdy (?)

Tegoroczny turniej BNP Paribas Masters, rozgrywany w Paryżu na kortach twardych w hali Bercy układa się niezwykle szczęśliwie, patrząc ze strony polskich interesów (chociaż gospodarze też nie mają na co narzekać, dwóch ich reprezentantów jest w półfinale). Otóż nasz polski grajek, 69. rakieta świata, Jerzy Janowicz, idzie jak burza przez turniej, eliminując kolejnych, wyżej klasyfikowanych tenisistów i awansował do półfinału! Oczywiście nasze kochane media nie byłyby sobą, gdyby nie nadmuchały całej sprawy, wywierając przy okazji niepotrzebną presję na Jerzyku. Nie muszę dodawać, że gdyby nie ten sukces, to nadal mieliby w dupie tak utalentowanego i dobrze zapowiadającego się zawodnika. Ja doskonale wiem o talencie Janowicza i to nie od dziś, jednak postanowiłem wpasować się w tendencję i napisać co nieco o „Dżerym” (takie pseudo ode mnie dla Jurka :3), przybliżyć Wam jego sylwetkę. No to jedziemy!

Jerzy Janowicz urodził się 13 listopada 1990r. (pamiętajmy, że niedługo ma urodziny!) w Łodzi. Pochodzi z usportowionej rodziny, jego rodzice byli siatkarzami. Treningi tenisowe rozpoczął w wieku 5 lat, czyli można powiedzieć, że wpisuje się w schemat typowego tenisisty (większość zaczyna treningi mniej więcej w wieku 5-6 lat). A co wyróżnia Jerzego od innych tenisistów? Przede wszystkim wzrost. Łodzianin mierzy aż 203 cm! Dodam jeszcze, że jest tenisistą praworęcznym z oburęcznym backhandem (lub jak to mówią niektórzy komentatorzy: BEKENDEM). Jego największymi sukcesami juniorskimi jest finał US Open 2007. W tym samym roku otrzymał status profesjonalny. Rok później dotarł jeszcze do ćwierćfinału Australian Open oraz do finału Roland Garros (obraźliwie nazywanym „French Open”). Również w 2008 roku rozwinęła się jego kariera seniorska, wygrał 3 turnieje ITF, Futuresy, w tym dwa w Polsce (Wrocław i Olsztyn, w obu w finale pokonał Marcina Gawrona). Potem jakoś się tam przewalał przez te mniej znaczące rozgrywki. W 2010 po raz pierwszy zwyciężył w Challengerze – w Saint Remy (jak się niedługo potem okaże, francuskie korty będą dla niego bardzo szczęśliwe) i tenże sezon skończył na 161 pozycji. Rok 2011 poszedł mu trochę gorzej, nie licząc finału w Poznaniu. Nie zdołał się zakwalifikować do żadnego turnieju wielkoszlemowego – na Wimbledonie przegrał w trzeciej rundzie eliminacji, w pozostałych odpadał już na starcie. Przełom nastąpił w tym roku. Jerzy swoją zwycięską passę rozpoczął w maju od wygranej w dużym challengerze w Rzymie. Tam w finale pokonał nie byle kogo – zawodnika pierwszej setki rankingu, Gillesa Mullera. Następnie był bardzo blisko debiutu w Wielkim Szlemie – na Roland Garros przegrał w finale eliminacji po zaciętym spotkaniu z Igorem Sijslingiem. Co się nie udało we Francji, to udało się w Anglii – na Wimbledonie Jerzykowi udało się przejść przez kwalifikacje. Debiut w Wielkim Szlemie Dżery miał genialny – najpierw pokonał Simone Bolleliego, a potem Ernesta Gulbisa. Polaka zatrzymał dopiero Florian Mayer, pomimo piłek meczowych dla naszego krajana. Znowu wszystko przez Niemców! Po Wimbledonie Jerzy zdobył kolejne dwa tytułu – w challengerach w Scheveningen i Poznaniu. Potem nastąpiła drobna wpadka – w pierwszej rundzie US Open Janowicz odpadł z niejakim Dennisem Novikovem, zawodnik wtedy klasyfikowanym o tysiąc miejsc niżej. Oczywiście po tym meczu większość mediów w dziwny sposób przestała dostrzegać zalety Jurka i zaczęła wytykać mu wady. No cóż, to cecha większości Polaków… Ale Tenisowa Nerwica ma nosa i dobrze wiedziała, że to jednorazowa wpadka oraz że jeszcze zaskoczy. I się nie pomyliliśmy. Na turnieju ATP w Moskwie Łodzianin zaszedł do cwierćfinału, pokonując Benjamina Beckera i Carlosa Berlocqa, a przegrywając z Thomazem Belluccim (znanym z tego, że przerąbał prowadzenie 4:0 z Nadalem w pierwszej rundzie Wimbledonu). Następnym turniejem Jerzego jest ten obecnie rozgrywany w Paryżu. Polak był zmuszony rozpoczynać go od kwalifikacji. Tam bez straty seta pokonał Dmitrija Tursunova i Florenta Serrę. Podczas dolosowywania zwycięzców eliminacji, Jurek miał pecha – trafił na Philippa Kohlschreibera. Jednak Janowicz nie przejął się niełatwym losowaniem – pokonał Niemca, a w kolejnej rundzie pomachał na do widzenia Marinowi Cilicowi. Największą sensację sprawił w trzeciej rundzie. Wywalił z hali Bercy mojego ukochanego, Andy’ego Murraya, po obronie meczbola. Na tym nie koniec. W ćwierćfinale wygrał z Janko Tipsarevicem po kreczu Serba w decydującej partii. Jak sobie poradzi z Gillem Simonem? Zobaczymy to już jutro! 

Zauważyłem jednak pewne ciekawe zjawisko – nagle wielkim fanem tenisa Jerzego Janowicza stał się wielki ekspert od dzieł sztuki, Wojciech Fibak. Jest to naprawdę bardzo interesujące, bo wcześniej nie powiedział niczego o Jurku, jego potencjale i umiejętnościach, tylko rozpływał się nad „inteligentnym stylem gry” Radwy. Skoro tak uwielbią „mądrą grę” Agnieszki, to ja się pytam, co się panu podoba w siłowym tenisie Janowicza, opartym przede wszystkim na serwisie? Ja oczywiście nic nie mam do Jerzego, jest to mój ulubiony polski tenisista. Cenię go za ambicję, waleczność, upór i wydaje mi się, że on jest takim mega luzakiem. xD Bardzo lubię też jego charakter – bywa trochę narwany, ale przynajmniej nie jest bezbarwny. Do tego, jak na wysokiego zawodnika, całkiem nieźle się porusza po korcie, nie jest wielkim betonowym klocem jak Karlovic czy Isner. Co do tytułu posta – napisałem go trochę przewrotnie. Jerzy od dawna jest bardzo obiecującym tenisistą, jego talent narodził się w 1990r. a nie w 2012 na turnieju w Paryżu. Myślę, że Jurek ma szansę stać się pierwszym wielkoszlemowym zwycięzcą z kraju nad Wisłą. I piszę to już dziś! Powodzenia Jurek, zarówno w Paryżu jak i w całej karierze! Tenisowa Nerwica w Ciebie wierzy i trzyma za Ciebie kciuki!


Kobiecy Masters – dzień szósty – finał

W dniu dzisiejszym zakończyła się jubileuszowa, 40. edycja Mistrzostw WTA. W finale zmierzyły się ze sobą Maria Szarapowa i Serena Williams. Był to ich drugi pojedynek finałowy w WTA Championships. Osiem lat temu lepsza była Rosjanka po trzysetowej walce. Amerykanka miała idealną okazję do rewanżu – jej forma jest na bardzo wysokim poziomie, a oba mecze w 2012 roku z Szarapową (półfinał w Madrycie na tej nieszczęsnej niebieskiej mączce i finał Igrzysk Olimpijskich) zakończyły się szybkim i łatwym zwycięstwem Serenki. Obie panie triumfowały już w tym turnieju – Serena dwukrotnie (2001, 2009), a Maria wygrała w Mastersie raz, w 2004 roku. Przejdę może już do meczu, żeby Was całkowicie nie zanudzić danymi statystycznymi.


Zarówno Masza jak i Serena wyszły ze swoich grup z pierwszego miejsca, notując komplet zwycięstw. W półfinale obie wygrały w dwóch setach, pokazując bardzo dobry tenis. Teraz przyszła pora na konfrontacje dwóch najlepszych zawodniczek tegorocznego Mastersa. Ten mecz pokazał jedno – Serena jest w stanie znokautować swoją rywalkę nawet jak ta gra na naprawdę przyzwoitym poziomie. Do stanu 2:2 wszystko szło równo – tenisistki utrzymywały swoje podanie, głównie dzięki dobrze funkcjonującemu serwisowi. Następnie młodsza z sióstr Williams wrzuciła wyższy bieg i przełamała swoją przeciwniczkę. Dalej wszystko szło na zasadzie utrzymywania swojego podania i Amerykanka zwyciężyła seta z przewagą jednego brejka. Druga partia miała identyczny przebieg jak pierwsza, z jednym małym ale – tym razem Serena zdołała dwukrotnie przełamać swoją rywalkę, a mecz skończyła niesamowitym returnem. Tym samym podwyższyła bilans bezpośrednich meczów między nimi na 10:2. W wywiadzie pomeczowym Williams przyznała, że bardzo jej zależało na zwycięstwie w tym turnieju i było to widać. Odniosła swój trzeci triumf w tej imprezie, poprzednio zwyciężała, tak jak wspominałem, w 2001 i 2009 roku. Co do postawy Szarapowej, ciężko jej cokolwiek zarzucić. Grała naprawdę dobrze, inną rywalką z taką grą wciągnęłaby nosem, ale że po drugiej stronie siatki stała Serena Williams… Nie mogła nic zrobić, choć próbowała. Amerykanka na koniec meczu miała wręcz genialne statystyki – 40 winnerów i tylko 14 niewymuszonych błędów, że już o asach nie wspomnę. Rosjanka spotkanie zakończyła na minimalnym plusie – 13:12. Jak na Marysię, to świetny wynik – ona w błędach własnych zwykle notuje co najmniej 20, nawet w wygranych meczach. Na koniec powiem jedno – Serena Williams to królowa kobiecego tenisa. Wynik: 6:4 6:3 – Serena Williams


Kobiecy Masters – dzień piąty – półfinały

Zakończyły się zmagania grupowe. Do półfinału awansowały cztery tenisistki: Wiktoria Azarenka (nr 1), Maria Szarapowa (nr 2), Serena Williams (nr 3) oraz Agnieszka Radwańska (nr 4). Jest to pierwszy przypadek od 1989 roku, gdzie w półfinale Mastersa są pierwsze cztery tenisistki rankingu, a pierwszy od 2003 roku, gdzie cztery najwyżej rozstawione zawodniczki są w półfinale. Z jakiej strony panie się pokazały? Szczerze mówiąc – średniej, ale tragedii nie było. Dużo lepiej oglądało się deblistki w akcji. Przejdźmy jednak do singlistek.


Zacznę od meczu, który bardzo mi się podobał. Zmierzyły się w nim dwie najgłośniejsze (delikatnie mówiąc) zawodniczki WTA – Wiktoria Azarenka i Maria Szarapowa. Faworytką tego spotkania była Białorusinka, która wygrała cztery spotkania w 2012 roku z Rosjanką, wszystkie na kortach twardych. Za Szarą przemawiała nawierzchnia – bardzo wolna, zatrzymująca piłki, nazywana „fioletową mączką” (jedyny mecz z Azarenką, Marija wygrała na mączce w hali w Stuttgarcie). Ja osobiście kibicowałem Szarapowej, za którą owszem, nie przepadam, ale w porównaniu do Wiktorii, nie jest taka zła. Pierwszy set zaczął się po mojej myśli, już w trzecim gemie wrzeszcząca przełamała wyjącą. Azar w trybie natychmiastowym odpowiedział tym samym, lecz nic jej to nie dało, bo Maria nie dała sobie wypuścić seta z rąk. W drugim secie było jeszcze mniej walki, tenisistka z Białorusi wykazywała problemy zdrowotne, których nie będę potwierdzał, doskonale wiemy, że Wiktoria lubi się pobawić w aktorkę na korcie. Może rzeczywiście coś jej dolegało, w końcu trochę się musiała pomęczyć, żeby awansować do półfinału (trzygodzinny maraton z Kerber), ale ja jej po prostu nie ufam. Poza tym, dziwnym trafem zawsze ją coś boli wtedy, jak rywalka wyraźnie nad nią dominuje. Ale dobra, nie wnikajmy. Druga partia to popis świetnej gry Szarapowej, która była niezwykle skoncentrowana i widać było, że bardzo jej zależało na rewanżu za cztery porażki z tego sezonu (finał AO, finał Indian Wells, półfinał USO, finał w Pekinie). Kogo Maria podejmie w finale? O tym już za chwilę. Wynik: 6:4 6:2 – Maria Szarapowa

Drugi (a w zasadzie pierwszy, jeśli mam patrzeć od kolejności rozgrywania) półfinał rozegrał się między naszą „nadzieją polskiego tenisa” (choć czasami myślę, że ten cudzysłów jest zbędny, ale niech będzie) Agnieszką Radwańską, a wielką gwiazdą Sereną Williams. Chyba nikogo nie zaskoczę, jak powiem/napiszę, że zwyciężyła Amerykanka. Bo co ta nasza biedna Radwa mogła zrobić? Była wykończona poprzednimi spotkaniami (w meczach fazy grupowej łącznie na korcie spędziła ponad 8 godzin!), więc nie była w stanie grać na 100%. Serena miała momenty, w których traciła koncentracje, wręcz przysypiała na korcie (w sumie nic dziwnego), Polka próbowała to wykorzystywać. Wystarczyło na ugranie trzech gemów. Williams zagrała fenomenalne spotkanie, kończąc je z bilansem 37:19 (oczywiście jest to bilans winnerów do niewymuszonych błędów). Agnieszka zanotowała 5 uderzeń kończących i 9 błędów własnych. Nie będę się (chyba wyjątkowo) znęcać na Radwą, że za mało winnerów, że tylko przebijała piłkę itd., gdyż w tym przypadku nie ma to większego sensu – i tak była bardzo zmęczona. Co do Serenki – w finale będzie miała idealną okazję na rewanż, ponieważ jej rywalką będzie Maria Szarapowa. Osiem lat temu panie również mierzyły się w finale WTA Championships. Wtedy wygrała Rosjanka. Na zakończenie powiem jedno, ponownie cytując p. Karola Stopę, zdecydowanie najlepszego komentatora w stacji Eurosport (choć nie wybaczę mu słów o Murrayu): „wielkie dzięki za ten sezon”, Radwo! Wynik: 6:2 6:1 – Serena Williams


Kobiecy Masters – dzień czwarty

Dzień czwarty był dniem ostatecznych rozstrzygnięć w fazach grupowych. Dwie panie były już pewne udziału w półfinale – Serena Williams, która wczoraj odpoczywała i Maria Szarapowa, która jeszcze w tym dniu podejmowała Samanthę Stosur. O dwa miejsca w półfinale walczyły cztery zawodniczki: Wiktoria Azarenka, Agnieszka Radwańska, Sara Errani i Na Li. Którym paniom się udało, a które musiały się pożegnać z imprezą? O tym już teraz!

Rozpocznę od najbardziej jednostronnego widowiska, czyli spotkanie między Samanthą Stosur a Marią Szarapową. Panie grały jako pierwsze czwartego dnia turnieju. Można je potraktować jako rozgrzewkę przed kolejnymi meczami, taki jaki support, ponieważ był to mecz, który nie miał żadnego znaczenia dla losów grupy białej, bowiem Australijka nie miała szans na awans do półfinału, a Szarapowa już mecz wcześniej zapewniła sobie wyjście z grupy. Jednak trzeba chwalić Rosjankę za to, że nie straciła koncentracji i nie zlała sobie tego spotkania. Pierwszy set to popis nieskuteczności Sam i całkiem niezłej gry Rosjanki. W drugim secie Stosur nieco podniosła swój poziom, ale tutaj znowu muszę pochwalić Szarą, że potrafiła przystosować swoją grę do lepszej dyspozycji rywalki. W rezultacie Samantha ugrała trzy gemy i odpada z turnieju, nie odnosząc zwycięstwa. Wynik: 6:0 6:3 – Maria Szarapowa

Na koniec dnia czwartego zagrały ze sobą Wiktoria Azarenka i Na Li. Stawką tego spotkania był awans do półfinału i mecz ze wspomnianą przed chwilą Marią Szarapową. Moją osobistą faworytką była Chinka, bardzo na nią liczyłem. Przemawiał za nią min. wyrównany bilans spotkań między nimi (przed tym meczem 4:4). Spotkanie rozpoczęło się po mojej myśli, Li na dzień dobry przełamała Azarenkę, potem długo trzymała tę przewagę, jednak w ostatniej chwili Białorusinka odrobiła stratę. Doszło do tie-breaka, w którym lepsza okazała się Wiktoria. Drugi set to masa przełamań z obu stron, jednak lepsza była Azarenka i to ona zapewniła sobie awans do półfinału i pozycję liderki światowego rankingu na koniec sezonu. Bez komentarza. Wynik: 7:6(2) 6:3 – Wiktoria Azarenka


Na koniec tym razem zostawiłem spotkanie rozgrywane pomiędzy dwoma wcześniejszymi meczami. Było to ważne spotkanie z polskiego punktu widzenia, gdyż walczyła w nim Agnieszka Radwańska. Jej rywalką była najbardziej niedoceniana tenisistka tego turnieju, jak i całego touru – Sara Errani. Stawka tego spotkania była taka sama, jak meczu Azarenki z Li – drugie miejsce w grupie i awans do półfinału. Mówiąc najkrócej – BYŁ TO JEDEN Z NAJLEPSZYCH MECZÓW, JAKI KIEDYKOLWIEK WIDZIAŁEM! Ukazane w nim było piękno tenisa – technicznego, finezyjnego, kombinacyjnego, dużo gry na małe pola – coś niezwykłego w czasach bezmyślnego napierdalania w piłkę (pozdrawiamy np. Bojanę Jovanovski). Wszystkie trzy sety były niezwykle zacięte – w pierwszym wygrała Errani po tie-breaku, w kolejnych dwóch triumfowała Polka, ale każdy z nich był na bardzo równym poziomie. Radwańska wreszcie zagrała jak na czwartą rakietę przystało – agresywnie, atakując przy siatce, można rzec – NARESZCIE. Bilans miała imponujący – 53 kończące uderzenia do 43 błędów własnych. Na statystyki Sary również nie mogę narzekać (49 winnerów i 47 niewymuszonych błędów). Dla malkontentów marudzących, że było za dużo niewymuszonych błędów dodam, że panie na korcie spędziły 3 godziny i 29 minut. Ja myślę, że ten mecz może być kandydatem na jeden z najlepszych meczów w sezonie. Przypomniał on dawne tenisowe czasy, gdzie nie liczyła się siła, a spryt, czucie w ręce i technika. Sara i Agnieszka to mają. Zacytuję pana Karola Stopę, który idealnie podsumował obie te tenisistki „one się urodziły o 10 lat za późno”. Dla Włoszki turniej się jeszcze nie zakończył – Sara występuje bowiem w deblu w parze z Robertą Vinci która dzielnie dopingowała przyjaciółkę podczas spotkania z Agnieszką. Wielkie brawa dla Sary, która cały czas udowadnia, że błędem jest jej nie doceniać i wielkie brawa dla Radwańskiej, która awansowała do historycznego półfinału. Wynik: 6:7(6) 7:5 6:4 – Agnieszka Radwańska


Kobiecy Masters – dzień trzeci

Trzeci dzień upłynął w miarę spokojnie w hali w Stambule. W tym dniu zadebiutowała rezerwowa Samantha Stosur, która zastąpiła Petrę Kvitovą. Najciekawszym wydarzeniem z pewnością był mecz Sereny Williams z Wiktorią Azarenką. Można powiedzieć, że trzeci dzień to odpoczynek i spokojniejsze pojedynki tenisistek po niezwykle długim i emocjonującym drugim dni turnieju. Trzeci dzień to ponownie trzy pojedynki, tak jak poprzednio – dwa spotkania z grupy czerwonej i jedno z grupy białej (co jest bezsensowne, zawsze grano na zmianę, czyli w jeden dzień dwa mecze z grupy białej i jeden z grupy czerwonej, w następny dzień na odwrót itp.). Polskich sezonowych fanów pewnie mało obchodził ten dzień, ponieważ nie grała Agnieszka Radwańska, ale nieważne, przejdźmy do sedna.

Zacznę od meczu dwóch słabszych ogniw w grupie „czerwoniastej” – Angelique Kerber i Na Li. Zdecydowanie był to najmniej ciekawy mecz w trzecim dniu rozgrywek. Ciężko się cokolwiek o nim rozpisać, Niemka ledwo wytrzymywała trudy poprzednich spotkań, wszystkie siły straciła na mecz z Azarem, którą i tak nie zdołała pokonać. W meczu z Li padła fizycznie. Chinka natomiast grała całkiem solidnie, zapewne jest to zasługa Carlosa Rodrigueza (fani Henin na pewno go kojarzą). Mam nadzieję, że z pomocą Argentyńczyka uda jej się pokonać Azarenkę i awansować do półfinału, dzięki zwycięstwu z Kerber cały czas ma szansę na wyjście z grupy. Niemiecka tenisistka natomiast odpada z turnieju Masters, nie wygrywając ani jednego spotkania. Wynik: 6:4 6:3 – Na Li


Pora na jedyne trzysetowe spotkanie z tego dnia, a co za tym idzie – pierwszy mecz Samanthy Stosur w tegorocznym Mastersie. Rywalką rezerwowej tenisistki była teoretycznie najsłabsza zawodniczka turnieju – Sara Errani. Włoszka była moją faworytką w tym spotkaniu (doskonale pamiętam półfinał RG, gdzie „Saretta” wygrała z Australijką) i nie pomyliłem się. W pierwszym secie Errani zwyciężyła do trzech, Sam popełniała sporo błędów, nie będąc przyzwyczajoną do wolnej nawierzchni w Stambule. W drugim secie nastąpiło odrodzenie – Stosur zaczęła grać, jak na zwyciężczynie US Open 2011 przystało i Włoszka nie miała nic do powiedzenia. W decydującej partii miał miejsce kolejny zwrot akcji. Samantha zaczęła w kompromitujący sposób psuć wszystkie piłki, dzięki czemu Sara Errani wygrała pierwszy mecz w Mastersie i cały czas ma szansę na półfinał. A z kim się o niego zmierzy? Tak, z Agnieszką Radwańską. Wynik: 6:3 2:6 6:0 – Sara Errani

Na koniec zredaguję dla Was spotkania dwóch obecnie najlepszych zawodniczek touru – Sereny Williams i Wiktorii Azarenki (piszę tutaj obiektywnie, bo dla mnie Białorusinka to i tak dno). Faworytką była Amerykanka, co tylko świadczy o wartości rankingów (a raczej jego braku), czyli liderka klasyfikacji singlistek nie jest faworytką w meczu z trzecią rakietą świata. Azarenka coś tam walczyła, próbowała, starała się, ale co z tego, skoro po drugiej stronie siatki jest Serena Williams? W drugiej partii prowadziła nawet 3:0, ale na młodszej siostrze Venus nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Odrobiła straty i drugiego seta wygrała w takim samym stosunku, jak pierwszego. Amerykanka wygrała zatem wszystkie spotkanie w grupie czerwonej bez straty seta i bez problemów melduje się w półfinale, a Azarenka będzie musiała walczyć o awans, tak jak już wcześniej wspomniałem, z Na Li/Li Na. Wynik: 6:4 6:4 – Serena Williams


Kobiecy Masters – dzień drugi

Za nami drugi dzień TEB BNP Paribas WTA Championships 2012 (grunt to oryginalność, poprzedniego posta zacząłem w takim samym stylu <facepalm>). W Stambule nastąpiła jedna poważna zmiana – obrończyni tytułu, Petra Kvitova wycofała się z turnieju po porażce z Agnieszką Radwańską. Oficjalną przyczyną jest zapalenie oskrzeli u Czeszki, ale tak naprawdę pewnie wstyd jej się pokazać po porażce z Polką… Moje podejrzenia, że tenisistki czytają Tenisową Nerwicę i liczą się z naszym zdaniem, stają się coraz bardziej prawdziwe. Dlaczego tak myślę? Ponieważ zawodniczki wzięły sobie do serca moje słowa i w drugim dniu zagrały dużo lepiej. Miło, że czołowe odbijaczki żółtych, włochatych piłek słuchają moich rad. W dniu wczorajszym, tak jak i w pierwszy dzień, odbyły się trzy spotkania – dwa z grupy czerwonej, jedno z grupy białej. Przejdźmy do szczegółów.

Jako pierwsze zostaną ocenione dwie panny, których szczerze nienawidzę – zarozumiała Angelique Kerber i symulantka Wiktoria Azarenka. Z chęcią napisałbym, że mecz był beznadziejny, zawodniczki przewracały się o własne nogi, do tego co chwila wywalały piłki na kilkumetrowy aut tudzież w siatkę. Niestety, to nie jest prawda. Niemka i Białorusinka zagrały świetne spotkanie. Szczególnie warty uwagi jest pierwszy set, w którym doszło do tie-breaka. W nim Azar objęła prowadzenie 6:2, na szczęście zmarnowała tę przewagę, przy okazji dostając szału (nic dziwnego, przypomnę, że ta sama osoba po porażce w czwartej rundzie Rolanda Garrosa powiedziała, że „chce się zabić”). Marionetka Łukaszenki miała jeszcze dwie szanse na zakończenie tego seta, jednak ostatecznie (wynikiem 13:11) z tie-break’a wyszła zwycięsko Kerber. W drugiej partii było jeszcze bardziej emocjonująco – „Anżelik” miała dwie piłki meczowe, których jednak nie wykorzystała i doszło do drugiego tie-breaka, gdzie tym razem triumfowała „Azarjenko”. Decydująca partia to pokaz braku wydolności fizycznej przez Niemkę, ale 4 gemy dała radę ugrać. Wynik: 6:7(11) 7:6(2) 6:4 – Wiktoria Azarenka

Drugi mecz z grupy czerwonej skończył się dużo szybciej (Azarenka z Kerber się męczyła przez trzy godziny i dziewięć minut). To spotkanie trwało godzinę i 51 minut, ale również należało do dość wyrównanych. Przynajmniej w pierwszym secie. Mowa oczywiście o meczu Sereny Williams z Na Li. Zaczęło się od szybkiego przełamania dla Amerykanki, jednak nagle Serenka przystopowała, Chinka wykorzystała daną jej okazję i błyskawicznie wyszła na 4:1. Ale co z tego, skoro grała z Sereną Williams, zawodniczką, która w tym roku przegrała zaledwie cztery mecze (z Makarową w AO, z Wozniacką w Miami, z Razzano na RG i w Cincinnati z Kerber)? Nic, ponieważ młodsza z sióstr Williams w trybie natychmiastowym odrobiła straty. Następnie przy stanie 5:4 i 6:5 dwukrotnie serwowała po seta, o dziwo nie wykorzystała tego i do ostatecznego rozstrzygnięcia seta był potrzebny tie-break. Tam jednak Serena przestała się bawić ze swoją skośnooką rywalką i do dwóch zwyciężyła w tej rozgrywce dodatkowej. Drugi set już był bez historii, szybko i bez większych kłopotów wygrany przez wiadomo kogo i tegoroczna triumfatorka Wimbledonu i US Open wyjdzie z grupy i awansuje do ćwierćfinału. Wynik: 7:6(2) 6:2 – Serena Williams

Na deser zostawiłem sobie ostatni mecz rozgrywany w dniu wczorajszym, jedyne spotkanie zawodniczek z grupy białej. Zmierzyły się ze sobą Maria Szarapowa i TADAM TADAM – Agnieszka Radwańska, rzekomo „nadzieja polskiego tenisa”. Rosjanka miała szansę na rewanż za porażkę w finale w Miami. Pierwszy set do bólu przypominałem poprzedni ich pojedynek – Radwa mało kończyła bezpośrednio, bo nie musiała, Rosjanka bardzo dużo psuła. Pierwszego seta wygrała Agnieszka, co ciekawe i warte podkreślenie – w tym secie był tylko jeden brejk (przy stanie 6:5). W kobiecym tenisie jedno takie skrupulatne wygrywanie gemów przy własnym podaniu jest niemal niespotykane. W drugim secie wszystko się popsuło, ponieważ wystąpiło więcej przełamań (aż 7). Radwa prowadziła w nim 4:2, ale Szara ograniczyła liczbę błędów własnych i wszystko poszło się jeb… poszło sobie. Drugiego seta wygrała Marija w takim samym stosunku, jak Polka pierwszego. Trzeci set był bardzo podobny do poprzednich – niezwykle zacięty, jednak to Marysia potrafi kończyć piłki, a nie polska tenisistka, więc to właśnie Szarapowa wygrała całe spotkanie i jest drugą półfinalistką tegorocznego Mastersa (po Serenie). Radwańska była bardzo blisko zwycięstwa – zabrakło odrobiny agresji w grze Agnieszki i niewymuszonych błędów rosyjskiej „supergwiazdy tenisa”. Wynik: 5:7 7:5 7:5 – Maria Szarapowa



Kobiecy Masters – dzień pierwszy

Za nami pierwszy dzień turnieju TEB BNP Paribas WTA Championships 2012 (trochę długa ta nazwa…). W pierwszym dniu zawodów odbyły się trzy spotkania – dwa z nich to mecze pań z grupy białej + jeden mecz zawodniczek z grupy czerwonej. Jak mógłbym najkrócej opisać wszystkie pojedynki? NUDA! Jedna, wielka NUDA! Każdy z nich skończył się dość szybko, w dwóch setach – czyli witamy w świecie kobiecego tenisa. Przejdźmy do szczegółów.

Tegorocznego Mastersa zainaugurowała obrończyni tytułu, Petra Kvitova oraz nasza „nadzieja polskiego tenisa”, czyli Agnieszka Radwańska. Przed meczem obstawiałem zwycięstwo Czeszki, ponieważ zbyt dobrze pamiętam zeszły rok (prowadzenie Radwy 5:1 i… no cóż…), poza tym, za Petronelą przemawiał bezpośredni bilans pojedynków z Agnieszką (3:0 przed meczem). Jednak tym razem, to Kwicz się skompromitowała. Mecz rozpoczął się od szybkiego prowadzenia Polki 3:0, następnie Kvitova wyrównała, ale co z tego, skoro przegrała kolejne 3 gemy i seta? Druga partia rozpoczęła się przełamaniami z obu stron, jednak potem wszystko wróciło „do normy” (czyt. Petra ponownie zaczęła psuć). „Aggie” nie musiała nic robić – przeciwniczka służyła pomocą, wywalając to w aut, to waląc piłkę w siatkę. Posyłała ją wszędzie tam, gdzie nie trzeba. W rezultacie uzyskała zawrotną liczbę 43 niewymuszonych błędów… Petro, czujemy się zażenowani! A Radwie gratulujemy, gdyż tym zwycięstwem jej szanse na wyjście z grupy bardzo wzrosły. Wynik: 6:3 6:2 – Agnieszka Radwańska


W drugim spotkaniu grupy białej, Maria Szarapowa zmierzyła się z największym zaskoczeniem tegorocznej edycji WTA Tour Championships (mało kto się spodziewał, że ona tu w ogóle zagra, chyba tylko jej własna rodzina), Sara Errani, zawodniczka, do której mam ogromny szacunek. Włoszka miała szansę zrewanżować się Szarej za finał Rolanda Garrosa 2012. Wtedy było 6:3 6:2 dla Rosjanki. Dzisiaj wynik był… identyczny. I znowu korzystny dla Marii, mimo to, ciężko odmówić Sarze zaangażowania i walki. Łatwo skóry nie sprzedała. Jednak trzeba przyznać Marii – grała świetnie, dobrze zarówno z głębi kortu, jak i przy siatce, zatem po 91 minutach już była znana zwyciężczyni tego spotkania. Wynik: 6:3 6:2 – Maria Szarapowa

Po prawie dwóch miesiącach nastąpił powrót Sereny Williams, która nigdzie grała od finału US Open 2012, w którym odniosła triumf. W dniu dzisiejszym zmierzyła się z Angelique Kerber i wygrała (co za zaskoczenie!), choć muszę przyznać, że momentami Kerberówna coś tam sobą reprezentowała i próbowała dorównywać boskiej Serence. No ale to nie ten poziom, przykro mi… Serena rozpoczęła z grubej rury, od razu wychodząc na prowadzenie 3:0. Potem Niemka wyrównała, można powiedzieć, że na moment nawiązała równorzędną walkę z dużo bardziej utytułowaną rywalką, jednak doświadczenie Williams nie pozwoliło Angelique na przesadne rozwinięcie skrzydeł. Tak wyglądał tylko pierwszy set, w drugim istniała już tylko Amerykanka, która w turnieju Masters występuje po raz siódmy. Wygrała w nim dwukrotnie – w 2001 i 2009 roku, teraz jest zdecydowaną faworytką do trzeciego triumfu. Wynik: 6:4 6:1 – Serena Williams


Przegląd grup na kobiecym mastersie 2012

Kobiecy sezon WTA dobiegł już końca. Paniom zostały do rozegrania już tylko dwa turnieje – turniej Mistrzyń w Stambule i zawody w Sofii dla, specjalny turniej dla zawodniczek, które zwyciężyły w turnieju International w bieżącym sezonie, nazywany „małym Mastersem”. My się zajmiemy zmaganiami rozgrywanymi w Turcji. Pierwszy raz Masters odbył się w 1972r. Są to zawody dla ośmiu najlepszych zawodniczek w danym sezonie. Jest najważniejszym turniejem w sezonie, tuż po Wielkich Szlemach i jest uznawany za nieoficjalne mistrzostwa świata tenisistek.

Tegoroczna, jubileuszowa, 40. edycja WTA Tour Championships odbędzie się, tak jak w ubiegłym roku, w Stambule. W tym roku w turnieju zabraknie trzech zawodniczek, które zakwalifikowały się do tych zmagań w poprzednim sezonie – są nimi Caroline Wozniacki, Samantha Stosur i Wiera Zwonariowa. W tegorocznej najlepszej ósemce znajdują się odpowiednio (zaczynając od miejsc rankingowych): Wiktoria Azarenka, Maria Szarapowa, Serena Williams, Agnieszka Radwańska, Angelique Kerber, Petra Kvitova, Sara Errani oraz Na Li. Tytułu będzie bronić Czeszka, Petra Kvitova. W dniu wczorajszym odbyło się oficjalne party z okazji losowanie grup do turnieju i panie prezentowały się tak:

A tak zostały „rozplanowane” grupy w tegorocznej edycji WTA Tour Championships:

Grupa czerwona:
Wiktoria Azarenka (1)
Serena Williams (3)
Angelique Kerber (5)
Na Li (8)

Grupa biała:
Maria Szarapowa (2)
Agnieszka Radwańska (4)
Petra Kvitova (6)
Sara Errani (7)

Teraz przyjrzyjmy się poszczególnym grupom:
Zacznę od tej, moim zdaniem, dużo ciekawszej grupy. W grupie czerwonej znajdują się jedna zawodniczka, którą uwielbiam z całego serca (cesarzowa Serena Williams), jedna, do której mam szacunek (Na Li) i dwie, za którymi – delikatnie mówiąc – nie przepadam (Azarenka i Kerber). Pisząc to zdanie, od razu zarysowałem swoje nadzieje na to, które dwie panie awansują do półfinałów. Jednak drugą faworytką, obok Sereny, jest nie Chinka, ale Azar, obecna liderka światowego rankingu. Jest jeszcze Kerber, choć ja ją osobiście póki co uważam za gwiazdę jednego sezonu – no chyba, że w 2013r. udowodni, że to nieprawda. Z drugiej strony, to Niemka jest jedyną zawodniczką z top 8, która wygrała w tym roku z Williams (choć to bardziej Serena przegrała sama ze sobą, aniżeli z rywalką). Co do Azarenki, Białorusinka w zeszłym roku dotarła do finału i na pewno ma apetyt na więcej (nic dziwnego – przecież to takie zawzięte stworzenie…). W głębi duszy liczę na to, że nie tylko Serenka wygra z Azarem, ale szanse na to są niestety nikłe. Najprawdopodobniej wyjdzie z grupy z drugiego miejsca. Pierwsze miejsce jest wręcz zarezerwowane dla młodszej z sióstr Williams, a Li, czyli tenisistka z bajeranckim tatuażem na piersi, według mnie jest największą niewiadomą w tej grupie. Ogólnie, rywalizacja tutaj zapowiada się dość ciekawie.
Zwyciężczyni grupy czerwonej: Serena Williams
Drugie miejsce: Wiktoria Azarenka

Grupa biała jest z pewnością ciekawsza, zważywszy na interesy polskich sympatyków tenisa. W tej grupie jest bowiem umiejscowiona „nadzieja polskiego tenisa”, „reprezentująca inteligentny styl gry” (cytując pewną reklamę) Agnieszka Radwańska. Rywalki Radwy w tej grupie to: Maria Szarapowa, Petra Kvitova i Sara Errani. I tu niestety, pomimo mojego szacunku dla Włoszki, jestem zmuszony skreślić jej szansę na awans z tej grupy. Jest po prostu dużo słabsza od pozostałych rywalek, choć mam cichą nadzieję, że zaskoczy wszystkich. Niemal pewne miejsce ma w półfinałach wąsacz Szarapowa – myślę, że nikt jej nie sprawi problemów (z Kvitovą i Errani spokojnie wygrywa, z Radwą w tym roku przegrała, ale obecna forma Polki już nie ta…). Walka o drugie miejsce rozegra się między obrończynią tytułu, Petrą Kvitovą, a polską tenisistką. Pamiętając blamaż Polki rok temu (prowadziła 5:1 z Kwiczem i zmarnowała tę przewagę, a wystarczyło wygrać seta, żeby wyjść z grupy), obstawiałbym prędzej Czeszkę – zważywszy na to, że uwielbia grać w hali. Jej forma jest co prawda bardzo nierówna, ale myślę, że zmobilizuje się do turnieju, w którym broni tytułu. Co do Radwy – zobaczymy, na pewno nie będzie ostatnia, ale awans do półfinałów oczywisty nie jest.

Zwyciężczyni grupy białej: Maria Szarapowa
Drugie miejsce: Petra Kvitova

A Wy kogo typujecie?


Pożegnanie Supermamy cz. 2

Kim Clijsters przerwała swoją karierę 6. maja 2007r. W tym czasie całkowicie poświęciła się życiu rodzinnemu. 13 lipca wzięła ślub z koszykarzem, Brianem Lynchem, z którym się zaręczyła jeszcze w trakcie tenisowej kariery. 3 dni wcześniej ojciec Belgijki oznajmił, że jego córka jest w ciąży. 27 lutego 2008r. Kim urodziła córkę, którą nazwała Jada Elli.
Mimo tego, zatęskniła za tenisem. A tenis zatęsknił za nią. Ponad rok po narodzinach córki, 26 marca 2009r. Kim, na konferencji prasowej w rodzinnym mieście, ogłosiła, że na tenisowe korty oraz, że poprosiła o dzikie karty do turniejów w Toronto, Cincinnati oraz do wielkoszlemowego US Open. W międzyczasie zagrała kilka meczów pokazowych. 17 maja, wraz z Timem Henmanem, Steffi Graf i Andre Agassim wzięła udział w otwarciu przebudowanego kortu centralnego na wimbledońskich kortach. Zagrała mecz singlowy z Graf, który wygrała 6:4 (w tej pokazówce grano do jednego wygranego seta), a także miksta, gdzie wraz z Henmanem pokonała parę (nie tylko na korcie) Agassi/Graf 7:6(5). Niecały miesiąc później, 14 czerwca zagrała kolejny mecz pokazowy, tym razem z Michaellą Krajicek (fani męskiego tenisa mogą ją kojarzyć z tego, że jest przyrodnią siostrą Richarda Krajicka, zwycięzcy Wimbledonu z 1996r.) podczas turnieju w ‚s-Hertogenbosch. Był to ostatni sprawdzian Belgijki przed powrotem na światowe korty. 11 sierpnia nadszedł ten dzień. Kim Clijsters po raz pierwszy od ponad dwóch lat, wystąpiła w turnieju z cyklu WTA. I od razu zaliczyła dobry występ, dotarła jako nieklasyfikowana w rankingu zawodniczka do ćwierćfinału, eliminując po drodze trzy rozstawione zawodniczki: Bartoli, Schnyder i Kuzniecową. Przegrała z ówczesną liderką rankingu, Dinarą Safiną 2:6 5:7. Następnie zagrała w Toronto, osiągając trzecią rundę. Pokonała tam Baltachę, panoszącą się wszędzie ostatnio Azarenkę, a przegrała z Jeleną Jankovic, która wtedy jeszcze pamiętała, jak się gra w tenisa. No i nadszedł US Open 2009. Wyjątkowy pod wieloma względami (pierwszy finał wielkoszlemowy mojej Caro Wozniacki, a w męskim turnieju Juan Martin Del Potro w pięknym stylu upokorzył Federera w finale). A jak sobie poradziła Kim? Koncertowo! Ostatniego wielkiego szlema w sezonie rozpoczęła od zdemolowania niejakiej Wiktorii Kutuzowej, tracąc po gemie w każdym z setów. Potem ponownie pokonała Bartoli, następną pokonaną przez Belgijkę była jej dobra koleżanka z kadry, Kirsten Flipkens. W czwartej rundzie czekała już Venus Williams i się doczekała… porażki. Po obustronnym 6:0 w dwóch pierwszych partiach, w trzeciej lepsza była Kim (6:4). W ćwierćfinale, Clijsters kontynuowała swój podbój Nowego Jorku, wygrywając w dwóch setach Na Li/Li Na. Jednak najbardziej pamiętny jest mecz półfinałowy z Serenką Williams, który zakończył się małym skandalem (czyli czymś, co Tenisowa Nerwica bardzo lubi). Przy stanie 6:4 6:5 15:30 dla Kim (serwis Amerykanki), młodsza z sióstr Williams popełniła „foot fault” czyli tzw. błąd stóp. Decyzja sędziny liniowej rozwścieczyła i tak już zdenerwowaną Serenę (wcześniej dostała ostrzeżenie za rozwalenie rakiety) i wtedy padły te słynne do dziś słowa „wepchnę Ci te piłkę do gardła, suko”. Tym samym, Williamsówna straciła dwa punkty bez gry i w rezultacie przegrała mecz. Trzeba jednak przyznać, że zachowała się kulturalnie wobec swojej belgijskiej rywalki. W finale Kim się zmierzyła z moją najdroższą i najulubieńszą „Kerolajn Łoźniaki”, z którą wygrała 75 6:3. Przy okazji, automatycznie zapewniła sobie nagrodę za Comeback roku i przedłużyła swoją passę na kortach Flushing Meadows (ostatnią porażkę zanotowała w 2003 roku, w finale z Henin). Po wygranej powiedziała:


Nie mogę uwierzyć, że to się wydarzyło. Bo to wciąż tak surrealistyczne, że w trzecim turnieju po powrocie wygrałam mój drugi turniej wielkoszlemowy. Bo tego nie było w planie. Chciałam tylko tu przyjechać i znów to poczuć, zagrać turniej Wielkiego Szlema, żeby przy przyszłorocznym starcie nie przechodzić znów przez te wszystkie nowe doświadczenia.





Po tym niewątpliwie wielkim triumfie, zagrała jeszcze w Luksemburgu, jednak tam niczego nie zwojowała – przegrała w drugiej rundzie z Patty Schnyder. 10 grudnia zagrała w meczu pokazowym w Antwerpii z Venus Williams i zwyciężyła 6:1 7:5. W ciągu kilku miesięcy awansowała na 18. miejsce i na tej pozycji zakończyła sezon.

Rok 2010 Kim rozpoczęła w Brisbane i… wygrała. W finale pokonała „Żustin Enę”, dla której był to pierwszy turniej od powrotu na kort (ale „odgapiara”, pewnie pozazdrościła swojej rodaczce takiego comebacku). Oczywiście panie nie byłyby sobą, gdyby nie zafundowały nam świetnego i emocjonującego widowiska. Ta bardziej lubiana przeze mnie (czyt. Kim Clijsters) objęła prowadzenie 6:3 4:1, ale co z tego, skoro straciła następnych gemów. W trzecim secie, przy stanie 4:5 obroniła dwie piłki meczowe i o rozstrzygnięciu decydował tie-break, gdzie to zwyciężczyni US Open 2009 nie wykorzystała trzech piłek meczowych, jednak kolejne dwie piłki (i cały mecz) padły jej łupem. Następnie brała udział w Australian Open, moim ulubionym Szlemie. Jednak Belgijka niespodziewanie i szokująco łatwo przegrała z Nadią Pietrową (0:6 1:6). Była to jedna z największych porażek Clijsters w całej jej karierze. Wściekła Kim ogłosiła, że robi sobie miesięczną przerwę od grania. Wróciła w marcu, na turnieje w Indian Wells i w Miami. W Kalifornii dotarła do trzeciej rundy, a na Florydzie wygrała cały turniej, po finale ze starszą z sióstr Williams. Po tym występie awansowała w rankingu na 10. miejsce.
Na kortach ziemnych zagrała tylko raz – w Marbelli i tam przegrała z niejaką Beatriz Garcia Vidagany (wtedy 258. tenisistka globu). Na trawie osiągnęła dwa ćwierćfinały – w Eastbourne (przegrana z Azarem) i na Wimbledonie (porażka ze świetnie się ówcześnie spisującą Wierą Zwonariową). US Open Series rozpoczęła zwycięstwem w Cincinnati. W finale po dramatycznym meczu (broniła piłek meczowych) pokonała Marię Szarapową. W Montrealu zaszła do ćwierćfinału i znowu przegrała z Wierą. Do US Open 2010 podchodziła jako obrończyni tytułu i… tytuł obroniła. A w finale w idealnym stylu zrewanżowała się Zwonariowej za dwie poprzednie porażki. Ostatnim występem w tymże sezonie był udział w turnieju Masters. Tam trafiła do grupy białej wraz z Wierą Zwonariową, Wiktorią Azarenką i Jeleną Jankovic. Wygrała dwa mecze (przegrała ponownie z Rosjanką) i z drugiego miejsca awansowała do półfinału, gdzie okazała się lepsza od Samanthy Stosur. W finale w trzech setach wygrała z Caroline Wozniacki i odniosła swój trzeci triumf w tej imprezie (poprzednio lata 2002-2003).

 

Rok 2011 rozpoczęła finałem w Sydney, w którym poległa z Na Li/Li Na. W finale Australian Open zrewanżowała się Chince za niedawną porażkę i sięgnęła po czwarty tytuł wielkoszlemowy i pierwszy poza Nowym Jorkiem. W nagrodę awansowała na pozycję wiceliderki światowego rankingu.
Następnie wystąpiła w turnieju halowym w Paryżu. Przegrała tam w finale z Petrą Kvitovą. Po tych zawodach awansowała na pozycję liderki światowego rankingu, jednak to zaszczytne miejsce zajmowała tylko przez jeden tydzień. Potem wystąpiła w Indian Wells i Miami, gdzie dotarła odpowiednio do czwartej rundy i ćwierćfinału. W maju wystąpiła na kortach im. Rolanda Garrosa, gdzie niespodziewanie przegrała z Arantxą Rus, następną szokującą porażkę zanotowała na trawie w Holandii (jej pogromczynią była Romina Oprandi). Te porażki były spowodowane kontuzją stopy, przez którą wycofała się z Wimbledonu. Pokazała się jeszcze tylko w Toronto, ale tam była zmuszona skreczować w meczu z Zheng Jie i po tym występie, była zmuszona zakończyć swoje występy w sezonie. Jeszcze przed rokiem 2012 oświadczyła, że olimpijski rok będzie ostatnim w jej karierze.

Rok 2012 zaczął się dla Kim półfinałem w Brisbane (skreczowała tam w spotkaniu z Hantuchovą). Następnie nie obroniła tytułu w Melbourne – przegrała w półfinale z Azarenką. W Miami dotarła do trzeciej rundy, pokonana przez rodaczkę Wickmayer. Sezon na mączce Clijsters sobie odpuściła, wystąpiła za to na trawie – w Den Bosch oddała walkowerem półfinał z Ulą Radwańską, a na Wimbledonie gładko przegrała w czwartej rundzie z Kerber. Przedostatnim występem Kim był udział w igrzyskach olimpijskich w Londynie. Belgijka debiutowała na olimpiadzie i zaszła do ćwierćfinału, w którym wygrała z nią Szarapowa. Ostatni raz Kim zagrała na tym szlemie, na którym ugrała najwięcej – na US Open. Przed turniejem powiedziała:

Jestem podekscytowana. Jasne jestem bardzo podekscytowana, że mogę tu powrócić po tym jak nie mogłam tu wystąpić rok temu z powodu kontuzji mięśni brzucha. Oczywiście to miejsce jest dla mnie magiczne – mam stąd dużo pięknych wspomnień. Cieszę się z przyjazdu tutaj od momentu kariery juniorskiej. Kocham tę nawierzchnię, kocham atmosferę.
Nie myślę jeszcze o zakończeniu kariery. Ciągle jestem skoncentrowana na tym, aby być w najlepszej formie w jakiej mogę być. Kiedy zacznę grać od poniedziałku, chcę grać dobrze.

W pierwszej rundzie Kim wygrała z dziką kartą, Victorią Duval. W drugiej rundzie (dnia 29 sierpnia 2012r.) dość niespodziewanie pokonała ją srebrna medalistka gry mieszanej z Londynu, Laura Robson. Mecz ten zakończył się wynikiem 6:7(4) 6:7(5). Brytyjka zakończyła serię 22 zwycięstw z rzędu Kim na kortach Flushing Meadows (przypomnijmy – ostatni raz Belgijka tu przegrała w 2003r. po finale z Henin). Clijsters wystąpiła jeszcze w grze podwójnej – w parze z Flipkens odpadły w pierwszej rundzie oraz w grze mieszanej, w której wraz z Bobem Bryanem odpadła 2 września 2012r. w drugiej rundzie. Był to ostatni mecz Kim Clijsters w karierze.

To miejsce zainspirowało mnie do lepszego działania, do wykonania wspaniałych rzeczy. Czasami trudno wytłumaczyć dlaczego tak jest. Daje to odczucie doskonałego miejsca do zakończenia kariery. Miałam tylko nadzieję, że to nie odbędzie się dzisiaj.

W pierwszej godzinie po meczu było ciągle rozczarowanie i trochę frustracji. Ciągle miałam tę rutynę przeżywania spotkania i próby wykombinowania, jak zrobić to lepiej następnym razem. Ale po przemyśleniach o odejściu z gry pojedynczej, jestem szczęśliwa. Poprzednie półtora roku albo nawet 2 lata były w rodzaju raz na górze, raz na dole i jestem szczęśliwa, że przez to przeszłam i przeżyłam te wszystkie emocje, które miałam. W pewnym sensie jestem z siebie dumna, iż byłam w stanie to zrobić.

Zanim wygłoszę swoją opinię o Kim, przytoczę kilka wypowiedzi innych tenisistów:
Wiktoria Azarenka:

To wielki wzór do naśladowania. Jest jedną z osób przy której chcesz być blisko, trenować z nią, jest znakomita w szatni i wspaniała dla fanów.
Oczywiście wiele ludzi ją kocha. Zdecydowanie każdemu będzie jej brakować. Życzę jej wszystkiego najlepszego.

Roger Federer:

Myślę, że jest również całkowicie spokojna. Wygląda na szczęśliwą. Do pewnego stopnia czuje ulgę. To sposób w jaki postrzegam to teraz. Jednak co za wspaniała mistrzyni. Zawsze miała czas także dla mnie. Jest oczywistą rzeczą, że lubimy siebie nawzajem, zawsze cieszyliśmy się ze wspólnych spotkań. Zawsze lubiłem iść w ślad za nią. Była wspaniałym sportowcem, zawodnikiem, zawsze przyjacielska. Cieszę się, że nigdy nie zeszła na złą drogę, aby osiągnąć sukces. Ciągle była w zgodzie z własnym charakterem. To jest naprawdę to, co lubię w szczególności w Kim.

Andy Murray:

Jako osoba, co jest ważniejsze od tenisa, jest urocza. Jestem pewien, że będzie zapamiętana jako jeden z najlepszych graczy ostatnich 15, 20 lat a także jako jeden z najlepszych ludzi.

Maria Szarapowa:

Była zawsze bardzo skoncentrowana i zdeterminowana, jedna z najlepszych sportsmenek jakie kiedykolwiek widział kobiecy świat tenisa. Jest po prostu wspaniałą osobą a przy tym bardzo skromną.
Zawsze chciała być dobrą matką a rodzina była dla niej ważna. Miała bardzo dobre wartości. Naprawdę szanuję to w niej.

Samantha Stosur:

Była wielką zawodniczką, mistrzynią i wzorem do naśladowania dla wielu ludzi, tu w świecie tenisa jak i prawdopodobnie dla wszystkich dzieci grających w domu.
Co za wspaniała kariera. Ona jest ciągle tak młoda, a osiągnęła tak wiele.

Serena Williams:

Miała wspaniałą karierę, zwłaszcza w US Open. Dostarcza coś wyjątkowego w tenisie, kiedy tu się pojawia. Jest zawsze tak promienna i ma tak pozytywny stosunek do siebie.

Odejście Kim było bardzo ciężkie. Widziałam ją wczoraj. Tylko ją przytuliłam. Moje oczy zrobiły się mokre. Naprawdę lubię ją. Jest znakomitą osobą. Nie spodziewałam się tej reakcji, ale zdecydowanie będzie jej brakowało w rozgrywkach. Do wczoraj nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo

Venus Williams:

Kim przeżyła odrodzenie jak nikt inny, wygrywając 3 turnieje wielkoszlemowe. Jestem pewna, że gdyby nie miała kontuzji, mogłaby zdziałać więcej i żyć bardziej olimpijskim snem, kiedy przywozisz do kraju medal. Myślę, iż jest inspiracją dla każdego kto wierzy, że jeśli będzie się starał o coś i miał marzenie, może zrobić co chce, i spełnić wszystko co pragnie.

A co ja myślę? Podziwiam Kim. Nie tylko za to, jaką była tenisistką, ale przede wszystkim za to, jakim jest człowiekiem. To bardzo ciepła, ogromnie sympatyczna kobieta, na którą nigdy nie przeczytałem złego słowa i wcale mnie to nie dziwi. Będzie mi jej brakowało na światowych kortach, mało jest tak miłych i przystępnych tenisistek jak Kim Clijsters. Marzeniem Belgijki jest adoptowanie dziecka – miejmy nadzieję, że niedługo tak się stanie. Na zakończenie, życzę jej jednego – szczęścia w życiu, choć pewnie jej tego nie brakuje. Do zobaczenia, supermamo.


Pożegnanie Supermamy cz.1

Witam naszych fanów po bardzo długiej przerwie. Od US Open minęło sporo czasu, ale nie zapomniałem o Tenisowej Nerwicy! Do tej pory komunikowałem się z Wami głównie przez naszego fanpejdża na facebooku (dla niezorientowanych – link jest na blogu, po prawej stronie), ale stwierdziłem, że to najwyższy czas, aby coś zmalować na blogu. A okazja jest wyjątkowa – bowiem nie będę pisał o jakimś niedawno rozegranym turnieju lub relacjonował obecnie rozgrywane zmagania. Dzisiejszy post będzie poświęcony jednej osobie, którą pożegnaliśmy po ostatnim tegorocznym turnieju wielkoszlemowym i którą warto tu upamiętnić (jak to patetycznie brzmi). Oto ona:

Kim Antonie Lode Clijsters urodziła się 8 czerwca 1983. roku w Bilzen. Kim jest Flamandką, pochodzącą z usportowionej rodziny – ojciec, Leo Clijsters, był piłkarzem, uczestnikiem mundialu z lat 1986 i 1990. Matka, Els Vandecaetsbeek, była gimnastyczką, natomiast siostra, Elke, również grała w tenisa (niegdyś zdolna juniorka, zapowiadająca się na niezłą deblistkę, niestety, pokonana przez kontuzję i w 2004 roku zakończyła karierę). Clijsters uzyskała status profesjonalny w 1997 roku. W tym samym roku rozpoczęła również karierę juniorską, najlepszym jej rezultatem było zwycięstwo w US Open 1998 w grze podwójnej dziewcząt. Partnerowała jej tam rodaczka mojej ukochanej – Eva Dyrberg, która w porównaniu do swojej koleżanki, kariery nie zrobiła. Innym dobrym deblowym wynikiem był finał Roland Garros 1999. Tam jej partnerką była niejaka Mia Buric, jednak panie przegrały ze znanymi do dziś Włoszkami – Robertą Vinci i Flavią Pennettą, a co za tym idzie – nie obroniła tytułu sprzed roku (wtedy zwyciężyła wraz z Jeleną Dokic). Gorzej jej szło w singlu, ale udało się jej dostać do juniorskiego finału wielkoszlemowego w singlu – na Wimbledonie 1998 przegrała decydujące starcie z Katariną Srebotnik (znaną do dziś z gry podwójnej).
Kim Clijsters jest tenisistką praworęczną, grająca oburęczny backhand (jak mainstreamowo…). Charakteryzował ją agresywny styl gry, wykorzystywanie geometrii kortu, grająca często tops piny. Taki średnio ciekawy dla oka tenis, jednak Kim nadrabiała czym innym – szpagatami, dzięki którymi potrafiła odbić piłkę, znajdującą się poza jej zasięgiem. Styl gry Belgijki miał jednak pewien efekt uboczny – ta agresywna gra często powodowała różnego rodzaju kontuzję.
Karierę seniorską Kim rozpoczęła w 1997 roku. Jednak wtedy za wiele nie pograła – wystąpiła w jednym ITFie, w którym doszła do ćwierćfinału. Rok później kontynuowała występy w turniejach tej rangi – dwa wygrała, w jednym odpadła w drugiej rundzie, a w kolejnym w ćwierćfinale z późniejszą największą rywalką – rodaczką Justine Henin. Jako ciekawostkę dodam, że w tym turnieju panie Henin i Clijsters wystartowały razem w deblu i… wygrały. 1999 rok przyniósł kolejną porażkę z Henin (w finale turnieju ITF w Reims), ale i pojawiły się też pierwsze sukcesy – debiut w turnieju WTA, gdzie jako lucky loserka dotarła do ćwierćfinału, debiut w Wielkim Szlemie – na Wimbledonie, po przejściu kwalifikacji, dotarła aż do czwartej rundy, gdzie uległa słynnej, odchodzącej już Sztefci Graf.

Ten rok przyniósł jeszcze jedną ważną rzecz – pierwszy wygrany turniej WTA. Było to w Luksemburgu, turnieju rozgrywanym do dnia dzisiejszego, jego kolejna edycja rozpoczyna się w przyszłym tygodniu. Kim pokonała wtedy w finale swoją rodaczką, Dominique Monami. Kilka tygodni później dotarła do kolejnego finału,w którym jednak uległa Amelie Mauresmo – zawodniczce bardzo lubianej przez moją wspólniczkę. 2000 rok przyniósł kolejne dwa tytuły na koncie Belgijki – jeden zdobyty w Hobart, po finale z Chandą Rubin, drugi w Leipzig, gdzie wygrała z Jeleną Lichowcewą. Warto wspomnieć o jednym finale, w którym przegrała z wielką gwiazdą, Martiną Hingis. Taką porażkę można jej wybaczyć. O rezultatach wielkoszlemowych w singlu w tymże roku nie wspomnę, bo to post pochwalny i dziękczynny – jest miło i słodko i tak pozostanie. Najlepiej było w mikście – na Wimbledonie wraz ze swoim ówczesnym narzeczonym, Lleytonem Hewittem (i teraz się nasuwa pytanie: czemu im się do cholery nie udało?!) dotarła do finału.

Pierwszy rok XXI wieku to pierwsze poważne sukcesy
w singlu. Dotarła min. do finału w Indian Wells. To ona właśnie zmierzyła się wtedy z Sereną Williams, którą wraz z siostrą oskarżono i ustawienie meczu półfinałowego (siostry miały się w nim ze sobą zmierzyć, jednak Venus poddała spotkanie). W finale dochodziło wręcz do kuriozalnych sytuacji – miejscowi kibice wygwizdali swoją rodaczkę, a kibicowali Belgijce. Ostatecznie jednak Kim przegrała ten mecz, a siostry Williams więcej w Indian Wells się nie pojawiły. Warto odnotować, że to właśnie w Kalifornii Clijsters po raz pierwszy pokonała Henin. Dwa miesiące później Kim, jako pierwsza reprezentantka Belgii dotarła do finału wielkoszlemowego w singlu, w którym ostatecznie uległa po kapitalnej i bardzo wyrównanej walce z Jennifer Capriati (gorąco polecam wszystkim obejrzenie tego meczu, pewnie na „jutjub” go znajdziecie :3) Potem wygrała jeszcze trzy turnieje – w Stanford, i ponownie w Leipzig oraz w Luksemburgu. Rok 2002 był nieco gorszy (słabsze rezultaty na Wielkich Szlemach – najlepszy to półfinał AO), Kim błysnęła dopiero pod koniec sezonu, wygrywając po raz pierwszy turniej Masters. W 2003 roku dokonała rzeczy, której powtórzenie w dzisiejszych czasach jest w zasadzie niemożliwe. Wraz z Ai Sugiyamą wygrała dwa turnieje wielkoszlemowe (RG i Wimbledon) i 4 sierpnia 2003r. została liderką rankingu deblowego, jednocześnie docierając do dwóch finałów w singlu (RG i USO, oba przegrane z Justine Henin). Obroniła tytuł w Mastersie, a tydzień po osiągnięciu pierwszego miejsca w klasyfikacji gry podwójnej, została liderką rankingu singlowego, mimo braku tytułu wielkoszlemowego. Kim była pierwszą liderką bez Szlema. 2004 rok rozpoczęła finałem w Australian Open i znowu przegrała ze swoją koleżanką z kadry, Henin. Potem wszystko się posypało, pojawiła się pierwsza poważna kontuzja (nadgarstka), w wyniku której groziło jej nawet przedwczesne zakończenie kariery. W tym roku również zakończył się jej związek z Lleyton Hewittem (ubolewamy!). W 2005r. nastąpił wielki powrót Kim Clijsters. Jako druga tenisistka w historii (po Graf) wygrała jednocześnie w Indian Wells i w Miami. Następnie zwyciężyła w cyklu US Open Series i co najważniejsze – przełamała się w finale Wielkiego Szlema. Miało to miejsce w Nowym Jorku, na kortach Flushing Meadows po łatwym meczu z Mary Pierce.

Lata 2006 były dla Kim całkiem niezłe – na szlemach radziła sobie całkiem równo (3 półfinały, w ostatnim, na US Open nie broniła tytułu). Po Australian Open powróciła na pierwsze miejsce w rankingu. Pierwszy tytuł w tym sezonie zdobyła UWAGA, UWAGA – na naszej polskiej ziemi, w Warszawie (lub po amerykańsku – Łorsoł). Potem dołożyła jeszcze triumfy w Stanford oraz w Hasselt. Pożegnalny, 2007 rok, to wygrany jeden turniej – w Sydney. Oprócz tego wystąpiła jeszcze w kilku, jak zapowiedziała, swoich ulubionych turniejach. Wystąpiła min. w Miami, Antwerpii i w… Warszawie. Miło nam, że tak znana tenisistka upodobała sobie turniej w Polsce. Jednak na J&S Cup tytułu nie obroniła – przegrała w I rundzie z Julią Wakułenko i po tym spotkaniu Kim poinformowała, że kończy karierę. Powód był prosty – w porównaniu do takiego Azara – dla niej najważniejsza jest rodzina, jej życie nie ogranicza się wyłącznie do odbijania żółtej, włochatej piłeczki. Teraz zabawię się w pana statystykę: (ale i tak w tym mistrzynią jest kobieca połowa tego bloga) bilans pojedynków wygranych do przegranych – 425:103, jej zarobki wynosiły 14 764 296 $ (całkiem sporo), spędziła 4 tygodnie na czele rankingu deblowego, w klasyfikacji singlistek królowała przez 19 tygodni, ostatnim wygranym turniejem deblowym był Zurich Open 2003, a singlowym zmagania w Sydney w 2007r. Jednak Kim Antonie Lode Clijsters nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa…

CDN.