Bez kategorii

Pierwsza runda kobiecego Wimbledonu

25. czerwca rozpoczęła się 126. edycja turnieju wimbledońskiego. Mówiąc szczerzę – nie przepadam za tym turniejem, mimo że uwielbiam oglądać mecze na nawierzchni trawiastej. Wimbledon sam w sobie jest nudny, głównie przerywany przez deszcz, a to uporczywe trwanie przy tradycji jest najzwyczajniej w świecie irytujące. Czy grzeszę, mówiąc tak bluźnierczo o najstarszym turnieju tenisowym na świecie? Jak tak – to trudno.
Zacznę od naszych reprezentantek. W tegorocznym Wimbledonie występują aż 3 Polki – sisterki Radwańskie i Sandra Zaniewska, która udanie przeszła kwalifikacje. Pierwszego dnia swój mecz zagrały starsza z sióstr i Sandra. Agnieszka Radwańska bez większych problemów wygrała z Magdaleną Rybarikovą, ale to zwycięstwo było podarowane przez Słowaczkę. Radwa musiała tylko przebijać piłkę, nic więcej. Dużo trudniejsze zadanie miała Zaniewska, któremu nie podołała. Przegrała, ale po walce. To spotkanie zakończyło się wynikiem 2:6 7:6(4), 3:6. Przegrała za to ładniejsza z sióstr Radwańskich, czyli Urszula. Nie dała rady Marinie Erakovic z Nowej Zelandii, przegrywając 4:6 4:6. Warto dodać, że Ula na początku obydwu setów prowadziła… Przemilczę, żeby nie urazić. O dziwo, bez większych problemów do następnej rundy przeszła Sam Stosur, która w singlowym Wimbledonie delikatnie mówiąc, nie radzi sobie (w deblu za to w latach 2008-2011 była w finale). Australijka pokonała wychowaną na kortach ziemnych Hiszpankę Carlę Suarez Navarro 6:1 6:3. Z zawodniczek z pierwszej dziesiątki tylko jedna nie przeszła jednej rundy, ale o tym opowiem szczegółowo za chwilę. Sensacyjnie odpadła również Venus Williams, którą zdemolowała Jelena Wiesnina. Niestety, Venus to już nie ta sama zawodniczka, co kilka lat temu. Starsza z sióstr Williams po raz drugi odpadła w I rundzie Wimbledonu. Pierwszy raz to się stało w debiucie w roku 1997, gdzie przegrała z Polką Madgaleną Grzybowską. Udało się za to wygrać Serenie. Widać, że się pozbierała po klęsce w Paryżu. Wspomnę jeszcze o tenisistkach gospodarzy,które całkiem nieźle sobie poradziły w I rundzie. Aż 3 przeszły dalej: Elena Baltacha, Heather Watson (którą jeden z komentatorów uparcie nazywa nazywa „Hiser”) i Anne Keothavong. W następnej rundzie zameldowała się także pogromczyni mojej ukochanej z Eastbourne, Christina McHale. Krysia pokonała tenisistkę, która się zwie Johanna Konta, męcząc się niemiłosiernie (10:8 w decydującym secie). Dalej jest też kończąca (NIESTETY!) karierę Kim Clijsters. Belgijka pokonała rozstawioną z 18. Jelenę Jankovic, która formą (ani urodą) nie błyszczy. Oprócz Serbki, z turnieju wyleciały jeszcze inne rozstawione zawodniczki: Swietłana Kuzniecowa (32) z Yaniną Wickmayer, Monica Niculescu (29) z Stephanie Foretz Gacon, Daniela Hantuchova (27) z Jamie Hampton, Lucie Safarova (19) z Kiki Bertens, Flavia Pennetta z Camilą Giorgi (ten wynik mnie najbardziej zaskoczył, nawet mimo tego, że Flavia słabo gra na trawie), Dominika Cibulkova (13) z Klarą Zakopalovą oraz Caroline Wozniacki (7) z Tamirą Paszek. Ten ostatni rezultat szczególnie mnie zasmucił, ale o tym meczu opowiem dokładnie.





Najlepszy mecz:
Caroline Wozniacki vs Tamira Paszek (7:5 6:7 4:6)
Spodziewałem się, że to będzie mecz na wysokim poziomie. I się nie pomyliłem. Tylko co do wyniku nie miałem racji, niestety. Caro oczywiście nie byłaby sobą, jakby nie miała pecha w losowaniu i już w I rundzie musiała się zmierzyć z ubiegłoroczną ćwierćfinalistką, która przez cały sezon grała beznadziejnie aż do momentu rozpoczęcia sezonu na trawie (wygrała duży turniej w Eastbourne). Caro natomiast straciła pozycje nr 1 i wraz z pomocą nowego trenera, Thomasem Johanssonem stara się odbudować formę i coś zmienić w swojej grze. Ten mecz pokazał, że jest na dobrej drodze. Spotkanie rozpoczęło się od prowadzenia 2:0 Dunki, jednak Austriaczka szybko wyrównała. I w tym momencie przerwano to widowisko i przełożono na następny dzień. Po wznowieniu meczu, obie panie kontynuowały dobrą grę, pełną kończących uderzeń, ryzykownych zagrań pod linie końcową lub boczną i niewielką ilością niewymuszonych błędów. W I secie Paszek prowadziła 5:4 i serwowała, ale Caro to nie zraziło, obroniła dwie piłki setowe, wyrównała na po 5, a następnie wygrała dwa kolejne gemy i tym samym seta. Druga partia ponownie zaczęła się od prowadzenia Caro 2:0 i 3:1. Tamira niestety wyrównała i zawodniczki utrzymywały swoje podanie. Wozniacki prowadząc 5:4 miała dwie piłki meczowe przy serwisie Paszek, ale Austriaczka obroniła je w dobrym stylu. Doszło do tie-breaka, w którym lepsza okazała się Tamira Paszek. III set zaczął się identycznie jak poprzednie. Caro wyszła na 2:0, ale na austriackiej tenisistce nie zrobiło to żadnego wrażenie, bo szybko wyrównała i wyszła na prowadzenie 5:3. Dunka jednak tanio skóry nie sprzedała, zdołała jeszcze przełamać na 4:5, ale niestety nic więcej nie mogła zrobić i przegrała trzeciego seta 4:6 i cały mecz. Końcowe statystyki meczu udowadniają, że było to najlepsze widowisko pierwszej rundy.

Jestem oczywiście zawiedziony i rozczarowany końcowym wynikiem, ale jestem też też pełen optymizmu. Widać, że Karolina zmienia swoją grę na lepsze. Myślę, że Dunka zawojuje podczas Us Open Series oraz uważam, że Johansson wykonuje kawał dobrej roboty. Muszę też pogratulować Tamirze Paszek, która zagrała genialne spotkanie. Podoba mi się jej wola walki, za którą polubiłem min. Caro. Życzę Austriaczce powodzenia!
Najgorszy mecz:
Petra Kvitova vs Akgul Amanmuradowa (6:4 6:4)
Zaskoczeni? Pewnie tak. Ale ja po obrończyni tytułu spodziewam się czegoś więcej. Tymczasem Petra, choć seta nie straciła, to pokazała się ze słabej strony. Przegrywać 1:4 z zawodniczka z końca pierwszej setki? WSTYD! Czuję się zażenowany.

I choć statystyki nie wypadają najgorzej, to podkreślam: na obrończynie tytułu to za mało! Kvik!

Finał lasek na turnieju lotnika 2012

No i zakończył się Roland Garros. Przez dwa tygodnie panie uraczyły nas tenisem zarówno z poziomu mistrzowskiego, jak i challengerowego. Zanim podsumuje cały turniej, najpierw opiszę finał. Czy zasłużył on na miano meczu finałowego? O tym już za chwilę.
W finale spotkały się dwie panie: Rosjanka z Florydy, która kiedyś określiła siebie uroczym zwrotem „krowa na lodzie” i mała ciałem, ale wielka tenisowo, Włoszka Sara Errani. Zarówno jedna, jak i druga, miały wiele do osiągnięcia. Sara, wygrywając zawody w singlu mogła stać się pierwszą tenisistką od 12 lat, która wygrała Rolanda Garrosa (obraźliwie – French Open) jednocześnie w grze pojedynczej, jak i podwójnej (ostatnia była Mary Pierce w 2000r.). Natomiast Marysia walczyła o coś znacznie cenniejszego – o karierowego szlema, czyli o zwycięstwo we wszystkich czterech turniejach wielkoszlemowych w ciągu całej kariery. Warto dodać, że te tenisistki spotkały się po raz pierwszy w karierze.

Mecz rozpoczął się od szybkiego prowadzenie panny z owłosieniem nad wargą 3:0. Kiedy „cudowni” komentatorzy zaczęli już przepowiadać powtórkę sprzed 24 lat (1988r. finał Graf – Zvereva: 6:0 6:0 w 32 minuty), wtedy Sara zaczęła udowadniać, że nie bez powodu awansowała tak wysoko. Przełamała Maryśkę na 1:4, a następnie utrzymała swoje podanie na 2:4. Od tej pory, finalistki utrzymywały swoje podanie i set pierwszy zakończył się wynikiem 6:3. Drugi set rozpoczął się podobnie jak pierwszy. Marysia w ekspresowym tempie odskoczyła na 2:0. W kolejnym gemie „Saretta” utrzymała swój serwis, zdobywając jednocześnie pierwszego gema w tym secie. Niewiele to jej dało, gdyż Szara nie straciła podania (chociaż musiała bronić break pointa) i ponownie wygrała gema przy serwisie swojej włoskiej rywalki. W tym momencie Errani znowu przycisnęła i udało jej się odrobić stratę przełamania. Na więcej niestety nie było już ją stać, Wąsacz ponownie odebrał jej serwis, a następnie przypieczętowała swój sukces, wygrywając własne podanie i tym samym drugiego seta w stosunku 6:2 no i cały mecz.

Co mogę powiedzieć o tym meczu? Przede wszystkim, był dość zaskakujący. I nie chodzi mi o wynik, bo oczywiste było, że Errani nie ma szans, wierzyli w nią chyba tylko jej własna rodzina i jej psychofani, jeżeli takowych posiada. Zadziwiający był przebieg tego widowiska. Spodziewałem się, że będą w nim przeważać sędziowie liniowi, wywołujący co chwila aut. Myślałem, że będzie ich słychać głośniej niż jęki Rosjanki z akademii Bolletteriego. Sądziłem też, że Sarę Errani zje trema, a co za tym idzie – też będzie wywalać na auty lub w korytarz deblowy. Tymczasem panie miło mnie rozczarowały. Marysia grała jak nie ona. Nie psuła, nie uderzała byle mocniej. Grała w miarę rozważnie i to jej się opłaciło. Włoszka kilka razy udowodniła, że jej awans do finału to nie przypadek, akcje przy siatce robiły dobre wrażenie. Końcowy efekt był taki, że obie finalistki skończyły mecz z dodatnim bilansem winnerów do niewymuszonych błędów (Wąsu – 37:29, Errani 12:11). Takie zjawisko jest rzadko spotykane w kobiecym tenisie, więc warto to odnotować.
Jak wiadomo, ostatecznie wygrała Maria Szarapowa, zdobywając tym samym karierowego szlema. Sara Errani też triumfowała w tym turnieju (co prawda w deblu, ale to zawsze jakiś sukces). Podczas ceremonii wręczenia pucharów doszło do śmiesznej pomyłki. Spikerka pomyliła nazwiska i wywołała Szarapową jako finalistkę, a nie zwyciężczynie. Obie panie się zaśmiały i się zrobiło miło, sympatycznie i w ogóle słodko. Puchary wręczała była reprezentantka Jugosławii, obecnie Amerykanka, Monica Seles, która wygrała turniej imienia lotnika 3 razy z rzędu, w latach 1990-1992. Na koniec zobaczcie urocze fotografię z ceremonii i z pucharem.



PS: Chciałbym serdecznie przeprosić za brak podsumowań od IV rundy wzwyż, ale nie miałem jak oglądać tych spotkań, a nie lubię oceniać czegoś, czego nie widziałem, ponieważ jestem profesjonalistą. Obiecuję poprawę, moje małe potworki!

Trzecia runda lesb na Rolandzie Garrosie

Nadszedł czas na podsumowanie trzeciej rundy. Powiem tyle – DUPA! DUPA! DUPA!
Trzecia runda przyniosła pasmo rozczarowań. Czuję się zażenowany, że w ogóle muszę o niej pisać, więc nie będę zbyt miły. Przede wszystkim odpadły Radwa i Caro, ale o nich za chwilę. Swoje mecze wygrała liderka od siedmiu boleści i sprzedajna Kerber. Miałem nadzieję, że Flavii uda się pokonać folksdojcza, ale niestety – głupi ma szczęście! Przynajmniej odpadła inna Niemka, Goerges, w meczu z Arantxą Rus. Przy okazji Julia udowodniła całemu światu, że jest głupią szmatą. W jednym z ciekawszych meczów, Sara Errani pokonała piękną Anę po zaciętym, trzysetowym pojedynku. W innym interesującym meczu, Australijka Stosur wygrała z Nadią Pietrovą w dwóch partiach. Problemów z awansem nie miała Dominika Cibulkova. Maria Sharapova również bez problemu przeszła do dalszej fazy. Pomęczyła się trochę Petra Kvitova z Bratchikovą, ale ostatecznie wygrała swój mecz. Trochę problemów miała też Chinka Na Li/Li Na, ale też zwyciężyła, jednak całkiem zdolna Krysia Makhejl tanio skóry nie sprzedała. Czajnol sobie pewnie przypomniał, że mąż porażek nie lubi, dlatego rozstrzygnęła ten mecz na swoją korzyść. Zagra teraz z Jarką Szwedową, która ma szanse na powtórzenie wyniku sprzed dwóch lat (ćwierćfinał).
Najlepszy mecz:
Ostatnio takowych nie było, a dzisiaj wyróżnię aż dwa! Oto one:
1. Caroline Wozniacki vs Kaia Kanepi:
Zaskoczyłem Was, no nie? (przecież jestem fanem Wozniacki) Ale wyróżnię ten mecz, pomimo że wynik końcowy był niekorzystny. Mecz zaczął się dość nudno, Kaia kończyła, Caro grała po swojemu. Było bez emocji i Estonka szybko objęła prowadzenie 6:1 5:1. Wtedy Keroline pokazała, dlaczego ją kocham. Odrobiła straty, obroniła meczowe i triumfowała w tie-breaku. Trzeci set to powtórka seta drugiego. Kanepi ponownie szybko objęła prowadzenie 5:1. Dunka odłamała na 5:2 i utrzymała swoje podanie na 5:3. Niestety, to był maksimum jej możliwości – Estonka zakończyła mecz przy swoim serwisie. Szkoda tylko, że Caro bawiła się w sędziego, myślę, że to ją zgubiło. Mimo to, jestem dumny z Karoliny, pokazała, że jest silna psychicznie i udowodniła całemu światu, że nie jest „baletnicą” jak ją niektórzy określają.

2. Francesca Schiavone vs Varvara Lepchenko
Mecz Włoszki i Amerykanki z Taszkentu należał do tych zaciętych. Spodobał mi się, pomimo że obie panie miały końcowy bilans na minusie (bilans uderzeń skończonych bezpośrednio, tzw. winnerów i niewymuszonych błędów). Była w nim walka, były emocje, nie zabrakło też ciekawej gry. Varvara w decydującym secie prowadziła już 5:3, jednak Franka się nie poddała i odrobiła straty. Przy stanie 6:6 Lepchenko ponownie przełamała „piękną” Włoszkę i tym razem udało jej się zakończyć mecz. Jednocześnie osiągnęła najlepszy wynik w Wielkim Szlemie i przybliżyła się do gry w igrzyskach olimpijskich, a Francescę uniemożliwiła osiągnięcie trzeciego finału z rzędu w tym turnieju.

Najgorszy mecz:
Wybieram mecz Agnieszki Radwańskiej ze Swietłaną Kuzniecową. Radwa nigdy nie potrafiła grać z Kuzą (bilans 10:3 dla Ruskiej), ale myślałem, że będąc trzecią rakietą świata, będzie potrafiła pokonać każdego, zwłaszcza zawodniczkę, która ostatnio formą nie zachwycała. Ale no cóż… Radwańska nic nie mogła zrobić. I powinna się tego wstydzić. Swieta grała znakomicie, wszystko trafiała, natomiast Agnieszka przerzuciła się na baloniarstwo, co Rosjanka wykorzystała aż za bardzo. Skończyło się tym, że „nadzieja polskiego tenisa” ugrała zaledwie trzy gemy! Brawo Radwa! Jesteśmy dumni! Już dawno nie czułem się tak zażenowany. Aż przykro.

To by było na tyle. Podsumowania czwartej rundy i ćwierćfinału pojawią się z opóźnieniem, ponieważ będę na urlopie (xD). Więc do napisanie, moje małe potworki! :3

Druga runda babskiego Rolanda Garrosa

W dniu wczorajszym zakończyły się mecze II rundy babskiego turnieju imienia lotnika. Zgrzeszyłbym, gdybym nie opisał Wam tego wydarzenia.
W tym dniu grały baby z góry drabinki, czyli min. Azar i Radwa! Obie wygrały. Pseudo-liderka z jakąś Niemką, a brzydsza Radwencja z samą Venus Williams! Oczywiście to zwycięstwo było podarowane „nadziei polskiego tenisa” przez starszą koleżankę, ale jak dają – to trzeba brać!

Z czołowych zawodniczek drugą rundę przeszły też Samantha Stosur i Ana Ivanovic. Teraz przejdę do najwspanialszej, najpiękniejszej i najcudowniejszej Caroline Wozniacki. „Baletnica” pokonała Jarmilę Gajdosovą 6:1 6:4. Karolinka nie szalała ilością uderzeń wygranych bezpośrednio (9), ale również nie popełniała błędów (zaledwie 7), dlatego wygrała. Czuję dumę!

Obrończyni tytułu, zniewolona Chinka Na Li/Li Na bez problemu pokonała Stephanie Foretz-Gacon. Tutaj zapewne mąż jest dumny, że jego robotnica przeszła dalej. Finalistka sprzed roku i triumfatorka z 2010r. Frania Schiavone wymęczyła zwycięstwo z Cwetką Pironkową. Z turniejem pożegnały się 6 rozstawionych zawodniczek: Marion Bartoli (zwana pieszczotliwie „slut”) na szczęście przegrała z Petrą Martic, „zmora Radwy” Petra Cetkovska nie potrafiła wygrać z Francuzką Johansson, Jie Zheng odpadła w meczu z Aleksandrą Wozniak (chodzi o tenisistkę, nie o tę aktorkę z 13. Posterunku z fajnymi nogami) i była laska Berdycha, Lucie Safarova poniosła porażkę z Hiszpanką Martinez Sanchez. Oprócz tej czwórki poległa też będąca w niezwykłej formie Jelena Jankovic. Serbkę o twarzy Mongoła i mało przystępnym charakterze pożegnała Varvara Lepchenko. Jeszcze jedną rozstawioną panią, która wyleciała z Rolanda Garrosa to piękna Maria Kirilenko. Rosjanka przegrała z Klarą Zakopalovą. Sensacji nie sprawiła Ula Radwańska – ładniejsza z sióstr była zdecydowanie gorsza od Petry Kvitovej.

Odpadła jeszcze jedna z moich ulubienic, Bethanie Mattek-Sands. Na dowód uwielbienia, zapalę jej znicza pamięci. [*] Pogromczyni Sereny, Virginie Razzano udowodniła, że wygrana z Sereną to prezent od samej Amerykanki, a nie dowód wybitnej gry Francuzki, bowiem Virginie przegrała z Arantxą Rus (warto dodać, że ta Holenderka w zeszłym roku na tych kortach pokonała Kim Clijsters). Pozostałe mecze pomijam – nie uważam je za interesujące.
Opisu najlepszego i najgorszego meczu również nie będzie. Żaden mecz nie zwrócił mojej uwagi na tyle, żeby głębiej go opisywać.

Pierwsza runda babskiego Rolanda Garrosa

Wczoraj zakończyły się mecze pierwszej rundy kobiecego Rolanda Garrosa (obraźliwie nazywanym French Open). Co myślę o wynikach (szczególnie o jednym), zostawię na koniec, ale ostrzegam – to nie będą miłe słowa.
Zacznę od mojej ukochanej Caroline „Baletnica” Wozniacki, która odesłała swoją przeciwniczkę „prawie na rowerku”. Gdyby nie kilka bezmyślnych zagrań Caro przy siatce, to byłoby jeszcze lepiej.  Ale fajnie, że próbowała atakować i wynik 6:0 6:1 mnie zadowala. Z tym samym rezultatem wygrała także ‚nadzieja polskiego tenisa’ Agnieszka Radwańska. „JEŻU” (takie słowo krzyczała Bojana Jovanovski po każdej zagranej piłce w meczu z Radwą) pomogło w wygraniu tylko jednego gema. Ale co zrobić, jak ma się tak bezmyślny styl gry? To pytanie pozostawię bez odpowiedzi. 9 z 10 zawodniczek pierwszej dziesiątki przeszły pierwszą rundę. O tym wyjątku, który odpadł, wypowiem się za chwilę. Oprócz tej zawodniczki, w I rundzie odpadły jeszcze cztery rozstawione panie: Sabine Lisicki, rozstawiona z 12. przegrała z kontrowersyjną (jak ten blog :3) Bethanie Mattek-Sands, Roberta Vinci, oznaczona z 17. nie dała rady Sofii Arvidsson, „wielka rewelacja sezonu” Mona Barthel nie wygrała meczu z zawodniczką z kwalifikacji Lauren Davis, a Monica Niculescu musiała uznać wyższość jakiejś Rosjanki. Zgrzeszyłbym, gdybym nie wspomniał o ładniejszej Radwańskiej – Urszuli, która wygrała swój mecz z Pauline Parmentier. Plecki przestały boleć – to i gra się poprawiła. Ubiegłoroczne finalistki – Na Li i Francesca Schiavone również zwyciężyły swoje spotkania. Zniewolona Chinka z lanserskim tatuażem na cycku pokonała Soranę Cirsteę (spodziewałem się w tym przypadku bardziej zaciętego meczu, ale piękna Sorana pewnie nie chciała się spocić), a Włoszka o wątpliwej urodzie (ale ogólnie bardzo ją lubię) wygrała z weteranką Kimiko Date-Krumm. Wspomnę jeszcze o triumfach dwóch reprezentantek Kazachstanu – Jarosławy Shvedovej i Sesil Karatanchevy (która dostała się do turnieju jako lucky loser – czyli miała wielkiego farta). Pokonały one odpowiednio: Mandy Minellę i Timeę Babos. Obie panie z Kazachstanu były w tym turnieju w ćwierćfinale (Sesil w 2005, Jarosława 5 lat później). Czy uda im się powtórzyć ten sukces? Jednej z nich na pewno nie – jeżeli wygrają swoje mecze w II rundzie, spotkają się ze sobą w następnej. Poza tym, w ich ćwiartce jest obrończyni tytułu Na Li/Li Na. Przed podsumowaniem muszę wspomnieć o białoruskiej marionetce Łukaszenki, która wabi się Victoria Azarenka. Azar grał z Albertą Brianti. Włoszka była tak blisko wygranej z pseudo-liderką! Niestety – Alberta przestraszyła się Azara (ta twarz… i te jęki… brrr…) i przegrała, pomimo wysokiego prowadzenia. Szkoda, ale co się odwlecze, to nie uciecze!
Najlepszy mecz:
Takich meczów było malutko, ale wyróżnię jeden bardzo ładny pojedynek. Mecz Venus Williams z Paulą Ormaechą. Mecz był zacięty, z dużą ilością winnerów, błędy też się zdarzały, ale nie były nie wiadomo jak rażące. Podobała mi się w tym meczu Paula. Grała odważnie, agresywnie, walczyła do ostatniej piłki i nie przestraszyła się legendarnej Venus. Można powiedzieć, że przegrała z klasą. Dlatego właśnie postanowiłem wyróżnić ten mecz. Paula Ormaechea – zapamiętajcie to nazwisko!
Venus i Paula
Najgorszy mecz:
wkurwiona Serena
Tutaj nie mam żadnego problemu z wyborem – mecz Sereny Williams z Virginie Razzano. Niesamowite było to, że Francuzka, która nic dobrego nie ugrała, potrafiła wygrać z niesamowitą Sereną z dwoma tytułami na ziemi w tym sezonie. W meczu obie panie nic ciekawego nie prezentowały, głównie błędy. Serena prowadziła 6:4 6:6 (5:2 w tiebreaku). Tylko co z tego, skoro nie potrafiła trafić returnem w kort? (chyba, że w korytarz deblowy – może myślała, że to debel?) Francuzka również głównie psuła piłki. Ale to jeszcze przejdzie, baby przecież niemal wyłącznie psują. Największą żenadę odwaliła Eva Asderaki – sędzina główna. Nie dość, że odbierała punkty Virginie za krzyki spowodowane kontuzją i skurczami, podczas kiedy taką Azarenkę czy Szarapową wrzeszczącą bez powodu, nawet nie upomną! Żenada. Już nawet nie wspomnę o kilku wątpliwych decyzjach autowych. Po tym meczu wiem dwie rzeczy: Serena pierwszy raz odpadła w I rundzie turnieju wielkoszlemowego, a Eva Asderaki powinna zostać zawieszona.

Na plus wyróżnię zachowanie obu pań – podziękowały sobie elegancko, z klasą.

Babska drabinka na Roland Garros 2012

W piątek odbyło się losowanie drabinek turnieju Rolanda Garrosa (nazywany też French Open, ale ta nazwa to profanacja). Drabinka płci brzydkiej została dokładnie opisana przez moją zią, dlatego zajmę się płcią (podobno) piękną. Wygląd drabinki to sprawka niejakiego Rafaela Nadala, więc wszelkie pretensje należy zgłaszać do niego. Aby ją przedstawić, użyję zdjęcia przedstawionego przez moją wspólniczkę, zwaną Łosiem.
Drabinka bab:
drabinka bab
Przyjrzyjmy się ćwiartkom najwyżej rozstawionych (celowo nie używam słowa „najlepszych”) zawodniczek:
Ćwiartka Radwy:
Agnieszka na początek będzie mieć bardzo poważne wyzwanie w postaci Bojany Jovanovski – grającej bezmyślnie, bijącej mocno, mocno i jeszcze raz mocniej. Druga runda to pojedynek z Venus Williams – może być ciekawie. Gdyby udało się Iśce pokonać starszą Williams, w następnych meczach zmierzyłaby się z dwiema triumfatorkami tego turnieju – ze Swietą Kuzniecową i piękną Aną. Ewentualnie zamiast Any, mogłaby by to być Sara Errani. W ćwierćfinale najprawdopodobniej zdrajczyni Kerber (chociaż osobiście liczę na Flavię Pennettę), a w półfinale Azar (jak zwykle) lub Sami Stosur (błagamy!). W potencjalnym finale przeciwniczką starszej Radwy może być min. Maria Sharapova, Caro Wozniacki, Petra Kvitova lub Serena Williams.
Ćwiartka Caro:
Moje kochanie cały czas ma pecha w losowaniu. Pierwsze trzy rundy powinna przejść bez większych problemów: na starcie łatwy mecz z Daniilidou, następnie Gajdosova albo Rybarikova. Trzecia runda to najpewniej pojedynek z Kaią Kanepi. Czwarte spotkanie będzie najtrudniejsze, bogini Serena jest ciężką przeciwniczką. Potem wąsu z Rosji, w półfinale możliwy mecz z Kvitovą, Schiavone lub Ulą Radwańską (:D). Finał oczywiście, tylko i wyłącznie z Agnieszką Radwańską! Ewentualnie z Azarem, ale pomińmy.
Ćwiartka Kwicza:
Petra wylosowała (a właściwie to Nadal jej wylosował) w I rundzie młodą Australijkę, Ashleigh Barty. Następnie Kwiczuś zagra z najładniejszą polską tenisistką – Urszulą Radwańską. Trzecia runda to mecz z Niculescu, a czwarta z ubiegłoroczną finalistką, Francescą Schiavone. Ćwierćfinał to mecz z obrończynią tytułu – Chinką Na Li/Li Na. Półfinał to mecz z Marysią/Carolinką/Serenką, a finał oczywiście z Agą Radwańską (wiadomo, kogo pomijamy).
Ćwiartka Wąsacza:
Pierwsze 3 rundy Marysia przejdzie z zamkniętymi oczami, więc nie będę się o nich rozpisywał. Czwarta runda może być ciekawa – zagra ze swoją ładniejszą imienniczką o nazwisku Kirilenko. Kolejna runda będzie najciekawsza. Marysia zmierzy się w niej z kimś z pary Serena/Caro. W półfinale Szara może zagrać ze Schiavone/Kvitovą/Li Na (Na Li). Finał jest oczywisty – z Radwą!!!!!
Ćwiartka Azara:
Azar jest potwierdzeniem tego, że głupi ma szczęście. W zasadzie do półfinału pseudo-liderka nie ma żadnych wymagających rywali. Możemy liczyć na to, że wyeliminują je Safarovą/Cibulkovą (w IV rundzie), Stosur/Lisicki (w ćwierćfinale). W półfinale Azar poniesie klęskę z Radwą, finał jest dla niej nieosiągalny.
Ćwiartka Serenki:
Najlepszą zostawiłem na koniec. Serenka jedyną poważniejszą przeszkodę może mieć w czwartej rundzie (Caro) i w ćwierćfinale (Marysia). Dalej może mieć trudniej już tylko w finale (VAMOS ISIA!)
Ewentualne niespodzianki:
Obstawiałbym przede wszystkim Sarę Errani – ziemia to jej nawierzchnia. Wierzę też w umiejętności Simony Halep. Szansę na sprawienie niespodzianki ma też Sloane Stephens i Jekaterina Makarowa. Oczywiście wszyscy wierzymy też w ładniejszą Radwę. Ula ostatnio potrafiła pokonać Bartoli. Liczę jeszcze na powrót Melanie Oudin.
Podsumowanie:
Podsumowanie będzie krótkie i przejrzyste. Będziemy mieli prawie polski finał! Radwa vs Caro!!!!!

Babskie kwalifikacje do Rolanda Garrosa 2012

25 maja 2012 roku zakończyły się kwalifikacje do drugiego turnieju wielkoszlemowego w sezonie. 96 kobiet biło się o miejsce w głównej drabince. Była krew, były łzy, pot lał się strumieniami, jak w filmie sensacyjnym, ale tylko 12 paniom udało się przejść przez 3 rundy kwalifikacji. Tymi szczęściarami są:
1. Kiki Bertens
2. Chan Yung-jan
3. Yaroslava Shvedova
4. Alexa Glatch
5. Heather Watson
6. Eva Birnerova
7. Dinah Pfizenmaier
8. Heidi El Tabakh
9. Lauren Davis
10. Lara Arruabarena-Vecino
11. Karolina Pliskova
12. Zhang Shuai
Holenderka Kiki Bertens była rozstawiona w eliminacjach z numerem 1. W pierwszym meczu po ciężkim boju pokonała utalentowaną niemiecką tenisistkę Annikę Beck (9:7 w decydującym secie). W kolejnych dwóch meczach tenisistka z Holandii straciła zaledwie pięć gemów i wygrała kwalifikacje. W turnieju głównym zagra z Christiną McHale. Drugą kwalifikantką została nierozstawiona Koreanka Chan Yung-jan. Niespodziewanie pokonała w drugiej rundzie Andreę Hlavackovą, która wydawała się pewną faworytką w tej ćwiartce. W I rundzie Azjatka zagra z Kateryną Bondarenko. Kolejną zawodniczką, która przeszła kwalifikacje jest Yaroslava Shvedova. Ta pani grała tu w ćwierćfinale w 2010 roku. Może uda jej się powtórzyć ten sukces? Na początek zmierzy się z Mandy Minellą z Luksemburgu. Następna kwalifikantka również nie była rozstawiona. Jest nią niejaka Alexa Glatch, która pokonała w eliminacjach Akgul Amanmuradową i Sesil Karatantchevą. Dwie kolejne zwyciężczynie to zawodniczki najwyżej rozstawione w swoich częściach drabinki. Są to odpowiednio: rozstawiona z piątką „Hiser Łotson” (tak ją nazywa jeden z komentatorów eurosportu) i Eva Birnerova oznaczona numerem 6. Brytyjka spotka się w meczu o II rundę z Jeleną Wiesniną, a Czeszka z Hiszpanką Martinez Sanchez. Siódma zwyciężczyni eliminacji jest, delikatnie mówiąc, zaskakująca, żeby nie powiedzieć „sensacyjna”. Jest nią Dinah Pfizenmaier. Mi też nic nie mówi to nazwisko, nie tylko Wam. W I rundzie zmierzy się ona z nadzieją francuskiego tenisa, Caroline Garcią, którą pamiętam głównie z tego, że nie wykorzystała prowadzenia z Sharapovą w II rundzie Rolanda Garrosa w zeszłym roku. Następną zwyciężczynię kwalifikacji również można nazwać zaskoczeniem. Nazywa się ta pani Heidi El Tabakh i jest kanadyjką egipskiego pochodzenia. Zmierzy się ona z „polską kanadyjką” (chyba najbardziej debilne określenie, jakie kiedykolwiek usłyszałem) Aleksandrą Wozniak. To będzie bratobójcza bitwa! Następną kwalifikantką w I rundzie jest młodziutka Lauren Davis, która dwa razy przeszła eliminacje do imprezy wielkoszlemowej i na dzień dobry dostawała baty od zdecydowanie lepszej przeciwniczki. Teraz najprawdopodobniej skończy się podobnie, bowiem Lauren będzie grała z Moną Barthel. Kwalifikacje przeszła też Lara Arruabarena Vecino, zwyciężczyni turnieju WTA w Bogocie. I też nie miała szczęścia w losowaniu, zmierzy się na początku z piękną Aną. Ostatnimi dwiema kwalifikantkami są: Karolina Pliskova i Shuai Zhang. Jedna z czeskich bliźniaczek zmierzy się z Bartoli (w tym momencie Karolina stała się moją faworytką). Chinka natomiast zagra z folksdojczem Kerber. Byłoby miło, jakby Zhang wygrała.
Podsumowanie:
W kwalifikacjach brały udział dwie Polki. Niestety nie udało się eliminacji zarówno Marcie Domachowskiej, jak i Sandrze Zaniewskiej. Marta poległa w meczu z Andreą Hlavackovą, wygrywając zaledwie 5 gemów. Dużo lepiej poszło Sandrze, która odpadła w finale kwalifikacje z wyżej notowaną Birnerovą po trzysetowej walce. Jednak nie tylko Domachowska skompromitowała się w kwalifikacjach. Nie popisały się też rozstawione zawodniczki. Z dwunastu zwyciężczyń eliminacji zaledwie 5 były rozstawione. Skomentuję to krótko: żenada. Na potencjalną niespodziankę turnieju typowałbym był Shvedovą, która jeszcze dwa lata temu grała tu w ćwierćfinale. I to tyle.

Męskie kwalifikacje do Rolanda Garrosa 2012

Witam!
W przyszłym tygodniu rusza wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa (znany również jako French Open lub turniej Rafael Nadala – ta nazwa spodoba się Łosiowi). Dzisiaj odbyło się losowanie drabinki eliminacji, gdzie jacyś anonimowi zawodnicy będą walczyli  o to, żeby mieć możliwość zagrania z najlepszymi. Przyjrzyjmy się drabince eliminacji.
W kwalifikacjach wystąpi 128 zawodników – znanych, mniej znanych bądź kompletnie nieznanych, z których tylko 16 awansuje do turnieju głównego. 32 panów miało to szczęście, że zostali rozstawieni (choć pewnie woleliby być rozstawieni w turnieju głównym, ale dobre i to). Oto rozstawieni zawodnicy:
1. Marinko Matosevic
2. Matthias Bachinger
3. Jurgen Zopp
4. Karol Beck
5. Daniel Brands
6. Paul Capdeville
7. Frederico Gil
8. Horacio Zeballos
9. David Goffin
10. Michael Russell
11. Tommy Haas
12. Michael Berrer
13. Roberto Bautista-Agut
14. Federico Delbonis
15. Antonio Veic
16. Rogerio Dutra da Silva
17. Igor Sijsling
18. Marsel Ilhan
19. Jan Hajek
20. Grega Zemlja
21. Daniel Munoz de la Nava
22. Jesse Levine
23. Ruben Bemelmans
24. Bobby Reynolds
25. Wayne Odesnik
26. Marco Chiudinelli
27. Joao Sousa
28. Aljaz Bedene
29. James Ward
30. Augustin Gensse
31. Rik de Voest
32. Teymuraz Gabashvilli
Przyjrzyjmy się teraz każdej ćwiartce eliminacji:
W pierwszej części drabinki znajdują się tacy zawodnicy: Marinko Matosevic (1), Mathieu Rodrigues, Carlos Salamanca, Marc Cicquel, Izak Van Der Merwe, Thiago Alves, Julien Obry (WC), Jesse Levine (22). Tutaj obstawiałbym trzech panów – dwóch rozstawionych, mimo że Marinko na ceglanej mączce nie szaleje oraz Marca Cicquela. Kiedyś był niezłym tenisistą, poza tym gra na „swoim” terenie, więc może zaskoczyć. Z drugiej strony, mówiąc brutalnie – jest po prostu stary i może nie dać rady kondycyjnie.
Drugą część drabinki reprezentują: Matthias Bachinger (2), Adrian Menendez, Eric Chvojka, Jan Mertl, dwóch Argentyńczyków – Facundo Bagnis, Eduardo Schwank, Denis Kudla i James Ward (29). Ponieważ większość tych panów jest dla mnie kompletnie anonimowa, postawię na rozstawionych, nie będę zbyt oryginalny.
Trzecia część zapowiada się ciekawie, a to za sprawą panów, którzy zwą się: Jurgen Zopp (3), Phillip Oswald, Martin Fischer, Robby Ginepri, Gianluca Naso, Yuichi Sugita, Josselin Ouanna, Teimuraz Gabashvilli (32). Nie licząc rozstawionego Estończyka i Ruska, warto zwrócić uwagę na Ginepriego, który dwa lata był w IV rundzie tego turnieju oraz na Ouannę, który miał czelność na tych kortach wyeliminować samego Marata Safina! (ciekawe, ile wtedy Marat zniszczył rakiet :3)
Czwarta część już tak nie zachwyca, reprezentują ją: Pedro Sousa (zastąpił rozstawionego z czwórką Karola Becka), Jimmy Wang, Ze Zhang, Nikola Ciric, Agustin Velotti, Andreas Haider-Maurer, Maxime Teixeira, Marco Chiudinelli (26). Nie będę ukrywam, że nie znam tych czelendżerowców (poza Haiderem-Maurerem), więc stawiam właśnie na Austriaka, ewentualnie na Szwajcara, bo jest z tej samej ojczyzny, co moja bogini Martina. ♥
Piąta część to: Daniel Brands (5), James Duckworth, Matteo Viola, Franco Skugor, Filip Krajinovic, Dusan Lojda, Yuri Schukin, Bobby Reynolds (24). Tutaj bardzo liczę na Jamesa Duckwortha (mam sentyment do Australijczyków, głównie za sprawą mistrza Lleytona) który potrafił zagrać wyrównany mecz z Jankiem Tipsarevicem.
Szóstą ćwiartkę tworzą: Paul Capdeville (6), Yannick Mertens, Amir Weintraub, Andrey Kuznetsov, dwóch Francuzów z dzikimi kartami – Pierre-Hugues Herbert i Axel Michon, Yang Tsung-Hua oraz Aljaz Bedene (29). Faworytem jest Capdeville, za którym przemawia zarówno ranking, jak i doświadczenie.
Siódma część jest wyjątkowa, ponieważ jest w niej umiejscowione jedyne polskie nazwisko – Jerzy Janowicz. Chociaż nigdy nie należałem do grona jego fanów, ale będę patriotą, stawiam na niego! Są w niej jeszcze dwóch rozstawionych mężczyzn – Frederico Gil (7) i Igor Sijsling (17). Reszta jest nieistotna.
Ósmą ćwiartkę tworzą: Horacio Zeballos (8), Stephane Robert, Peter Polansky, Thomas Schoorel, Maxime Authom, Harri Helliovaara, Peter Gojowczyk i Wayne Odesnik (25). Faworytem wydaje się być Zeballos, ale szanse ma też Stephane Robert, który w zeszłym roku wyeliminował Tomka Berdycha. Oczywiście część Polaków będzie trzymała kciuki za Polanskiego, bo to „prawie” Polak.
Dziewiątą część otwiera rozstawiony z tym samym numerem David Goffin. Oprócz Belga, w tej części znajduje się także: Gregoire Burquier, Jesse Huta Galung, Simone Vagnozzi, Ivo Minar, Andrey Golubev, Dusan Lajovic, Joao Sousa (27). Nie ma tutaj innych faworytów niż Ci panowie z numerkami obok nazwiska.
Dziesiątą i jedenastą ćwiartkę napiszę razem, bo w każdej z nich jest jeden człowiek, który wydaje się być oczywistym faworytem. Jest to odpowiednio Michael Russell i Tommy Haas.
Dwunastą część reprezentują: Michael Berrer (12), Benjamin Mitchell, Evgeniy Donskoy, Pavol Cervenak, Grega Zemlja (20) oraz trzech Francuzów: Fabrice Martin (WC), Albano Olivetti (WC) i Romain Jouan. Chyba nie zaskoczę nikogo stwierdzeniem, że faworytem jest Berrer.
W pechowej trzynastce znaleźli się: Roberto Bautista-Agut (13), Mischa Zverev, Guillermo Olaso, Kamil Capkovic, Vincent Millot (WC), Sergei Bubka, Arnau Brugues-Davi, Jan Hajek (19). Jest mi obojętne, kto z tej grupy awansuje, najważniejsze, żeby nie był to chłopak Azara, SierGEJ Kupka.
Czternastą ćwiartkę tworzą tenisiści: Federico Delbonis (14), Tim Smyczek, Maximo Gonzalez, Laurynas Grigelis, Peter Torebko, Jamie Baker, Julio Silva i Daniel Munoz de la Nava (21). Tutaj mam swojego faworyta, którym jest Delbonis, myślę, że nie powinien mieć problemów z przejściem kwalifikacji.
Przedostatnia część składa się z panów o nazwiskach: Antonio Veic (15), Kenny de Schepper, Greg Jones, Jan Hernych, Gastao Elias, Nicolas Devilder (WC), Konstatin Kravchuk oraz Marsel Ilhan (18). Z początku za zdecydowanego faworyta uważałem Antonio Veica, jednak Chorwat (mówiąc wprost) skompromitował się w meczu z de Schepperem. Tym samym kandydatem do awansu został Marsel Ilhan.
Ostatnią ćwiarteczkę reprezentują: Rogerio Dutra da Silva (16), Dustin Brown, Laurent Rochette (WC), Victor Estrella, Javier Marti, David Guez (WC), Stefano Galvani i Augustin Gensse (30). Tutaj widzę miejsce w drabince głównej dla Browna, mam sentyment do reggae, bless!
Tak wygląda drabinka eliminacji do French Open. Większość nazwisk jest oczywiście anonimowa (niektórych zna chyba tylko ich własna rodzina), ale pojawiło się tutaj kilka ciekawych nazwisk, jak chociażby Tommy Haas, czy też Michael Russell, który na tych kortach rozegrał 11 lat temu genialny mecz w IV rundzie z samym Gustavo Kuertenem (Brazylijczyk to jeden z ulubieńców mojej koleżanki-wspólniczki). Polaka mamy tylko jednego (drugi, Łukasz Kubot występuje bezpośrednio w turnieju głównym). Wierzę, że Jurek sobie poradzi (pokonał już rozstawionego z 7. Gila), ostatnio przeżywa wzrost formy, zwyciężył w challengerze w Rzymie czym mnie zaskoczył, bo do tej pory nie uważałem go za kogoś wartego uwagi. Także ten… trzymamy kciuki!
To tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że się Wam spodoba moje grafomaństwo. Do napisania!

Finał babskiego Rzymu 2012.

Witam!
W dniu dzisiejszym pewne dwie babeczki, Azjatka i Europejka z Florydy, grały mecz o tytuł na kortach w Rzymie. Jęczydupa vs. zniewolona przez męża Chinka, hmmm, finał marzeń. Ale przejdźmy do samego spotkania, które delikatnie mówiąc – poziomem nie zachwyciło.
W pierwszym secie w sumie nic ciekawego się nie działo. Obie panie psuły na potęgę, bardzo życzliwie darowały sobie punkty (można wnioskować, że bardzo się lubią). Chińska popełniła nieco mniej błędów niż Ruska, więc pierwszego seta wygrała 6:4. Mąż był pewnie dumny, w nagrodę pozwoli jej zjeść kolację. Drugi set już był znacznie ciekawszy (czyt. emocjonujący, chimeryczny, bo sama gra nic się nie zmieniła). Li grała jak w transie, wszystkie bomby wchodziły na linie/przed linią, więc szybko objęła prowadzenie 4:0. Jednak w kolejnym gemie, zamiast udokumentować swoją przewagę, Chinka zaczęła być ponownie sobą, czyli po prostu wywalała wszystko w aut. Wąsata Marysia oczywiście skorzystała z okazji, odrobiła straty i wyrównała stan meczu, wygrywając seta w takim samym stosunku jak jej skośnooka koleżanka (to pokazuje, że naprawdę bardzo się lubią, wygrały sety w tym samym stosunku). Decydujący set to już w ogóle był kosmos. Zwroty akcji, do tego padający deszcz (to był zapewne efekt specjalny, mający nadać temu meczu jeszcze bardziej dramatyczny ton). Hollywoodzcy producenci mogą tylko zazdrościć, Włochy przebiły ich tanie filmy! Początek trzeciego seta to kontynuacja niezłej dyspozycji Marysi, która psuła nieco mniej piłek, niż w I partii, zatem Marija objęła prowadzenie 4:1. W kolejnym gemie wąsacz prowadziła 40:15, ale co z tego? Rosjanka nagle się zablokowała, tudzież przestraszyła się zwycięstwa (bo to takie straszne i bolesne…). Chinka więc odrobiła stratę, nie dzięki swojej dobrej grze, tylko pomogła jej serdeczna koleżanka zza drugiej strony siatki. Mniej więcej w momencie odrobienia strat przez Li Na (Na li?), zaczął padać deszcz. Wnioskowałem, że to efekt specjalny, dodający dramaturgii tego „widowiska”, o czym wspomniałem wyżej, ale Łoś sugeruje mi, że to Rzym zapłakał nad beznadziejną grą obu pań. Patrzcie, jaka złośliwa! Ale „newermańd” (że tak zaszpanuję językiem angielskim). Wracamy do meczu! Więc Li Na (nie mylić z taką długą liną np. do wspinaczki) odrobiła straty. Następnie panie w strugach deszczu utrzymywały swoje podanie. Przy stanie 6:5, Chinka miała piłkę meczową przy serwisie Marysi (która serwowała „szalenie skutecznie, ale o tym za chwilę). Oczywiście meczbola nie wykorzystała, bo po co? Marija Szarapowa utrzymała więc swój serwis, doprowadzając do tie-breaka. W tym momencie nasz ukochany sędzia, Kader Nouni, przerwał mecz z powodu deszczu (choć padało już od kilkunastu minut). Spotkanie zostało wznowione po jakiś dwóch godzinach (przez te emocje straciłem rachubę czasu). W tie-breaku Rosjanka objęła prowadzenie 4:2, które oczywiście przehulała. Jednak nie ruszyło ją to za bardzo, bo ostatecznie wygrała go do 5, a co za tym idzie – zwyciężyła w meczu i turnieju. Brawo Marysia!
Pokuszę się o podsumowanie tego meczu, ale w sumie nie ma tu czego podsumowywać. To był mecz tylko i wyłącznie błędów, dobre zagrania można wyliczyć na palcach jednej ręki. Serwisem też nie zachwyciły, zwyciężczyni miała 10 podwójnych błędów serwisowych, Chinka „tylko” 5. Do tego siła psychiczna koleżanek pozostawała wiele do życzenia. Osobiście jestem zdania, że ten mecz może być pretendentem do niezwykle zaszczytnego tytułu „najgorszy mecz sezonu”.
To tyle na dzisiaj. Jeśli wytrwaliście do końca – gratulacje! W nagrodę dostaniecie zdjęcie mokrej Marysi z rzymskim pucharem. Do napisania!
Marysia z pucharem

Babski Rzym 2012.

To jest ogólnie drodzy państwo działka mojego kolegi, ale duchem będzie z nami, bo bez jego zgody poposiłkuję się odrobiną jego zacnych cytatów.
W tym właśnie momencie dwie kobitki walczą o tytuł mistrzyni w turnieju rangi Premier – Internazionali BNL d’Italia.
Kwalifikacjami nie będę się zajmować, to działka Armanda. Z grubej rury – nasz światowy numer 3 – Radwa wdupiła w drugiej rundzie (w pierwszej miała ciężką przeciwniczkę – bye, z którą czołowa 8 rankingu zmaga się w pierwszej rundzie, dzięki czemu od razu awansuje do drugiej). A z kim wdupiła? Z niejaką Petrą Cetkovską (rozstawioną z numerem 28), która pokonała naszą „Isię” 6:4, 4:6, 6:1(!!!), co chwilę karcąc Radwę drop-shotami. WSTYD! Dla „ciekawostki” albo poczucia patriotycznego wstydu dodam, że tym samym Czeszka wygrała 4 mecz z Agnieszką. Czwarty mecz, na cztery mecze. Radwo… czujemy się zażenowani! Do tego, tym razem nasza „duma” narodowa osiągnęła najgorszy wynik w secie, tj. 6:1. Nigdy z Petrą tyle nie przegrała. Wstyd! Jeszcze, żeby pogrążyć nasz „numer jeden polskiego tenisa” dodam, że w kolejnym pojedynku Cetkovska spartoliła z włoszką Flavią Pennettą odjeżdżając prawie na rowerku (6:0, 6:1), natomiast pogromczyni pogromczyni naszej dumy (jak to brzmi), zesikała się ze strachu przed Cesarzową Sereną i skreczowała przy stanie 4:0 dla młodszej siostry Williams. Co do, Sereny, to szczerze mówiąc była ona wielką faworytką w Rzymie… niestety mecz z Li Na/Na Li oddała walkowerem, co tłumaczyła kontuzją pleców, WTF?!!?!? Rozumiem, że współcześnie największa mistrzyni wśród amatorów celuje w wielkoszlemowy Roland Garros? Jeśli już jesteśmy przy kreczach, walkowerach, kontuzjach, pretensjach i jękach, to miło byłoby wspomnieć pierwszą rakietę światowego tenisa pań – Viktorię Azarenkę. Co nasza niepokonana „wielka mistrzyni” odwaliła? Ano oddała walkowerem mecz z Dominiką Cibulkovą we wcześniejszej rundzie nie dając szans Shahar Peer – 6:1, 6:2. Azar zrezygnowała z turnieju z powodu kontuzji barku (moje oczy się w tym momencie zaszkliły, ale nie ze wzruszenia). Na dodatek Białorusinka pojechała po bandzie mówiąc, że musiała narażać zdrowie dla… PUNKTÓW W RANKINGU (śmiech na sali). Czyli jednym słowem podsumowała, że w obecnym WTA jedyne co się liczy to nie szacun na ulicy, a punkty w rankingu. Po co wygrywać najważniejsze turnieje? Wystarczy raz się dochłapać do 1 i być zawziętym i trzymać się rękami i nogami, nawet jeżeli ma ci odpaść głowa z przemęczenia. Jestem zażenowana.
Ale wróćmy może do finału. „Finału marzeń”, chociaż nie… „finałem marzeń” jest Szarapowa z Azarem, dwie jękadły, od których uszy odpadają.
Tym razem owszem jest Szara, ale po drugiej stronie kortu stoi zniewolona przez własnego męża, z bajeranckim tatuażem na cycku – Na Li/Li Na! O ile Szara doszła do finału, no powiedzmy, zwycięstwami min. nad starszą Williamsówną – Venus. O tyle Li powinna posprzątać ogródek Zen w ramach podziękowania, za walkower Sereny, z którą… różnie mogłoby być.
Jak to podsumował mój ekspert (tak, czas na cytaty) – „poziom jutrzejszego finału będzie masakryczny :|”. Armando podsumował również grę naszych dzisiejszych bohaterek – „Na Li, która psuje na potęgę” i „szarapowa poodobnie, chociaż dzisiaj zaszalała i miała 2 na plusie” („2 na plusie”, czyli bilans wygrywających i niewymuszonych błędów, przyp. Łosia). Jeszcze dodatek o Rosjance: „wygrywa mecz w dwóch setach, mając 25 błędów” potem dodał, że Szara nie gra odważnie, a „przebija z siłą i nic więcej”. I to były prognozy na dzisiejszy mecz.
To wszystko na ten temat. Sam przebieg finału pozostawiam swojemu ekspertowi w dziedzinie WTA profesorowi Armando.