Sezon skończył się już jakiś czas temu, wiem, wybaczcie mi ten drobny poślizg. Może najpierw powiem trochę o tym, jak te podsumowania będą wyglądały z mojej strony. Będą one napisane chronologicznie, czyli teraz piszę od początku do turnieju w Miami, potem biorę się za korty ziemne, następnie spalimy razem trawę, a na końcu będzie powrót na hardy, czyli wylecimy do „JuEsEj”, potem do Azji, a naszą przygodę zakończymy w Turcji, czyli ojczyzny kebabów i w Bułgarii – ojczyzny Grigora Dimitrova. To tyle jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, przejdźmy do sedna.

Jak wszyscy wiemy, w obecnych czasach korty twarde zdominowały rozgrywki, zarówno kobiece jak i męskie. Na tej nawierzchni jest rozgrywanych większość turniejów w sezonie, w tym dwa turnieje wielkoszlemowe i turniej mistrzyń. Tegoroczny sezon rozpoczął się idealnie, bo pierwszego dnia roku 2012. W styczniu panie, tradycyjnie już, rozpoczynają (i kończą zresztą też) w Australii, a konkretniej – w Brisbane i w Auckland. Turniej w Brisbane był do tej pory turniejem rangi International, jednak z powodu tego, że dużo gwiazd kobiecego tenisa postanowiły zagrać w rodzinnym mieście Samanthy Stosur (min. Serena Williams i Kim Clijsters), zdecydowano o podwyższeniu rangi tych zmagań do „Premier”. Triumfowała tutaj, dość niespodziewanie, Kaia Kanepi. Estonka straciła w turnieju zaledwie jednego seta, a w finale upokorzyła Danielę Hantuchovą, która z trudem powstrzymywała łzy. Słowaczka i tak ma się z czego cieszyć – do finału dostała się dzięki walkowerowi od Sereny w ćwierćfinale, a w półfinale Clijsters skreczowała w meczu z Danką po wygraniu pierwszego seta.
W równolegle rozgrywanym turnieju w nowozelandzkim Auckland zwyciężyła Jie Zheng, która skorzystała z kreczu Flavii Pennetty w finale. Dla Chinki był to pierwszy tytuł od 6 lat. 9. stycznia rozpoczęły się silnie obsadzone zawody w Sydney. To właśnie tam (zazwyczaj) pojawia się cała światowa czołówka po to, aby sprawdzić swoją formę przed Australian Open. Ostatecznie wygrała tam ówcześnie trzecia rakieta świata – Wiktoria Azarenka. W całym turnieju straciła dwa sety – w półfinale z Agnieszką (tak, Radwa jeszcze potrafiła cokolwiek ugrać z Azarem) oraz w finale z Na Li. Jak się później okazało – to był początek dominacji białoruskiej tenisistki. Warto dodać, że był to ostatni turniej dla Andrei Petkovic – po porażce z Radwańską ogłosiła, że rezygnuje z tenisa na kilka miesięcy z powodu kontuzji pleców. W tym samym tygodniu trwały również zmagania w Hobart. Są to zawody rangi International, więc co za tym idzie – obsada była dużo słabsza. Z całkiem niezłej strony pokazała się wtedy dawno niewidziana Anna Czakwetadze – dotarła do ćwierćfinału, gdzie skreczowała w meczu z Shahar Peer. Cały turniej zakończył się trochę sensacyjnie, gdyż zwyciężyła w nim zawodniczka z kwalifikacji – Mona Barthel. To był dopiero początek dobrych rezultatów dla tenisistek zza naszej zachodniej granicy. Nadszedł czas pierwszego turnieju wielkoszlemowego w sezonie – czyli mój ulubiony Australian Open. Zmagania w Melbourne potwierdziły dominację Azarenki, która dość pewnie zgarnęła tytuł, tracąc sety w ćwierćfinale z Radwańską i w półfinale z broniącą tytułu Kim Clijsters. O Agnieszce wspomniałem przy okazji Białorusinki, więc przejdę do Uli, która dotarła do drugiej rundy. W pierwszej była lepsza od Alison Riske po trzysetowym meczu. Natomiast w drugiej przegrała ze śliczną Soraną Cirsteą, która wcześniej sprawiła wielką sensację, eliminując faworytkę gospodarzy – Samanthę Stosur. Oczywiście Rumunce pomogła słaba psychika rywalki… Po tym turnieju zmieniła się liderka rankingu. Dotychczasowa, czyli Caroline Wozniacki po porażce w ćwierćfinale z Kim Clijsters była pewna tego, że straci okupowaną przez nią pozycję liderki. Zastąpić ją mogła trójka: Kvitova, Azarenka i Sharapova. Wszyscy typowali, że to Czeszka obejmie tron, jednak ta przegrała w półfinale z Rosjanką. Maria za to nie dała rady Azarence, po bardzo jednostronnym pojedynku. Przypomnijmy, że finał panów trwał prawie 6 godzin… Tak więc to właśnie Wiktoria została liderką światowego rankingu. Jednak największą sensacją w Australii była niejaka Sara Errani. Filigranowa Włoszka, na którą nikt nie stawiał, dotarła do ćwierćfinału, gdzie przegrała z Petrą Kvitovą. Był to jednak dość wyrównany mecz (mimo że dwusetowy), a dla Sary to był dopiero początek… Na koniec dodam, że w deblu Errani wraz z Robertą Vinci osiągnęła finał.

Luty w kobiecym tenisie tradycyjnie rozpoczyna turniej w paryskiej hali, którego dyrektorką jest Amelie Mauresmo (tęsknimy!). Francuskiej byłej gwieździe kobiecego tenisa, udało się namówić do udziału w zawodach min. Marię Sharapovą, Na Li, czy swoją rodaczkę Marion Bartoli, zwaną pieszczotliwie przez internautów „slut”. Jednak było też sporo wycofań – z udziału zrezygnowały Jelena Jankovic i Sabine Lisicki. Ostatecznie w turnieju zwyciężyła rodaczka Sabinki – Niemka „Anżelik” Kerber, dając wszystkim do zrozumienia, że do półfinału US Open 2011 nie dotarła przez przypadek. Było to jej pierwsze zwycięstwo w turnieju WTA.
W tym samym czasie odbywał się ulubiony turniej Wiery Zwonariowej, czyli turniej w Pattaya. Jednak to nie Rosjanka wygrała w Tajlandii, tylko Daniela Hantuchova. Tym samym, Słowaczka obroniła ubiegłoroczny tytuł. W następnym tygodniu panie przeniosły się na korty w Katarze. Zawody te były dla mnie dość przełomowe, gdyż zmieniły one moje spojrzenie na zwyciężczynie w Ad-Dausze. Owszem, Wiktoria wygrała pewnie, tracąc średnio jakieś 4 gemy w meczu, jednak cieniem na to rzuca się jej zachowanie podczas meczu półfinałowego z Radwańską, gdzie Białorusinka odwaliła coś, co wyglądało na symulowanie kontuzji. Pytanie tylko: po co? Dodatkowo chciała upokorzyć swoją rywalkę, którą określała jako przyjaciółkę? Tak się nie traktuje przyjaciół. Oczywiście Radwańska głupia nie jest i od razu dostrzegła, co wyprawia Azar. Mecz zakończył się mało sympatycznym, ale całkowicie zasłużonym „handshakiem”.

20 lutego rozpoczęły się aż trzy turnieje: w Dubaju, w Monterrey i w Memphis. W tym pierwszym triumfowała TADAM TADAM: Agnieszka Radwańska. Warto dodać, że z turnieju wycofała się Wiktoria Azarenka (pewnie po to, by uwiarygodnić swoją historię) oraz Petra Kvitova. W Meksyku doszło do dość niespodziewanych rezultatów – w finale spotkały się dwie nierozstawione zawodniczki: Alexandra Cadantu i Timea Babos. Ostatecznie wygrała Węgierka. W amerykańskiej hali wygrała Sofia Arvidsson, po finale z Mariną Erakovic z Nowej Zelandii. Szwedka bardzo sobie upodobała ten turniej – był to już jej trzeci finał w stanie Tennessee, a drugi tytuł – w 2006 r. w meczu finałowym pokonała… Martę Domachowską. Jeszcze na przełomie lutego i marca miały miejsce zmaganie w Malezji. Gwiazdą turnieju w Kuala Lumpur była Agnieszka Radwańska, która swoją drogę tutaj zakończyła na ćwierćfinale, oddając mecz walkowerem, no i zgarniając spore startowe. Mądra decyzja Agnieszki – w końcu tydzień później rozpoczynał się wielki turniej w Indian Wells, położonym na drugim krańcu świata. W Malezji triumfowała zawodniczka, której Polka bez walki oddała wspomniany przeze mnie mecz – była to Hsieh Su-Wei.

Marzec to miesiąc zdominowane przez dwa wielkie turnieje w Ameryce – w Indian Wells i w Miami. Oczywiście w tym czasie są również rozgrywane różnego rodzaju ITF’y, żeby te słabe zawodniczki też mogły sobie gdzieś pograć i pozdobywać punkty o rankingu. W Kalifornii tradycyjnie nie zagrały siostry Williams – Amerykanki omijają ten turniej konsekwentnie, ostatni raz zagrały tam w 2001 r. Zawody te wygrała oczywiście Wiktoria Azarenka, która jeszcze w 2012 r. nie poniosła ani jednej porażki. Po drodze, w meczu ćwierćfinałowym tak sponiewierała Agnieszkę Radwańską, że ta po ugraniu jednego gema cieszyła się, jakby wygrała turniej wielkoszlemowy. Nawet uśmiechnęła się do widowni! A tak na poważnie – strasznie żal mi było Radwy, że Azar tak ją leje. Ostatecznie w tym spotkanie Polka ugrała zawrotną liczbę dwóch gemów. Największa sensacją kalifornijskich zmagań była Angelique Kerber – Niemka, która może się lansować tym, że ma polskie korzenie, dotarła do półfinału tej wielkiej imprezy, gdzie uległa Azarence.

W Miami, ostatnim turnieju, który relacjonuję w tej części doszło do przełomu – Wiktoria Azarenka przegrała pierwszy mecz. Jej katem w ćwierćfinale była niezwykle lubiana i kochana przez wszystkich sympatyków tenisa Marion Bartoli. Takiej okazji nie mogła nie wykorzystać Radwa – można powiedzieć, że dzięki Francuzce wygrała cały turniej. Nie no dobra, nie będę jej umniejszał – w końcu po drodze pokonała samą Venus Williams! Było to największe turniejowe zwycięstwo w całej karierze polskiej tenisistki. W finale Polka była lepsza od samej Marii Szarapowej. Rosjanka przegrała już trzeci finał w obecnym sezonie – na Florydzie, w AO i Indian Wells (z Azarenką). Pragnę wyróżnić tutaj postawę Caroline Wozniacki – Dunka nareszcie zagrała w miarę dobry turniej. Po drodze pokonała Serenę Williams, czym zamknęła gębę wszystkim niedowiarkom, którzy mówili wprost, że Caro nigdy nie wygra z żadną z sióstr Williams. Wozniacki swój występ na tych kortach zakończyła na półfinale. Przegrała w trzech setach z Marią Szarapową. Mecz zakończył się mini-skandalikiem, ponieważ tenisistka z Danii nie podała ręki sędziemu – Kaderowi Nouniemu. Oj, niegrzeczna Caro!

cdn…