Tegoroczny turniej BNP Paribas Masters, rozgrywany w Paryżu na kortach twardych w hali Bercy układa się niezwykle szczęśliwie, patrząc ze strony polskich interesów (chociaż gospodarze też nie mają na co narzekać, dwóch ich reprezentantów jest w półfinale). Otóż nasz polski grajek, 69. rakieta świata, Jerzy Janowicz, idzie jak burza przez turniej, eliminując kolejnych, wyżej klasyfikowanych tenisistów i awansował do półfinału! Oczywiście nasze kochane media nie byłyby sobą, gdyby nie nadmuchały całej sprawy, wywierając przy okazji niepotrzebną presję na Jerzyku. Nie muszę dodawać, że gdyby nie ten sukces, to nadal mieliby w dupie tak utalentowanego i dobrze zapowiadającego się zawodnika. Ja doskonale wiem o talencie Janowicza i to nie od dziś, jednak postanowiłem wpasować się w tendencję i napisać co nieco o „Dżerym” (takie pseudo ode mnie dla Jurka :3), przybliżyć Wam jego sylwetkę. No to jedziemy!

Jerzy Janowicz urodził się 13 listopada 1990r. (pamiętajmy, że niedługo ma urodziny!) w Łodzi. Pochodzi z usportowionej rodziny, jego rodzice byli siatkarzami. Treningi tenisowe rozpoczął w wieku 5 lat, czyli można powiedzieć, że wpisuje się w schemat typowego tenisisty (większość zaczyna treningi mniej więcej w wieku 5-6 lat). A co wyróżnia Jerzego od innych tenisistów? Przede wszystkim wzrost. Łodzianin mierzy aż 203 cm! Dodam jeszcze, że jest tenisistą praworęcznym z oburęcznym backhandem (lub jak to mówią niektórzy komentatorzy: BEKENDEM). Jego największymi sukcesami juniorskimi jest finał US Open 2007. W tym samym roku otrzymał status profesjonalny. Rok później dotarł jeszcze do ćwierćfinału Australian Open oraz do finału Roland Garros (obraźliwie nazywanym „French Open”). Również w 2008 roku rozwinęła się jego kariera seniorska, wygrał 3 turnieje ITF, Futuresy, w tym dwa w Polsce (Wrocław i Olsztyn, w obu w finale pokonał Marcina Gawrona). Potem jakoś się tam przewalał przez te mniej znaczące rozgrywki. W 2010 po raz pierwszy zwyciężył w Challengerze – w Saint Remy (jak się niedługo potem okaże, francuskie korty będą dla niego bardzo szczęśliwe) i tenże sezon skończył na 161 pozycji. Rok 2011 poszedł mu trochę gorzej, nie licząc finału w Poznaniu. Nie zdołał się zakwalifikować do żadnego turnieju wielkoszlemowego – na Wimbledonie przegrał w trzeciej rundzie eliminacji, w pozostałych odpadał już na starcie. Przełom nastąpił w tym roku. Jerzy swoją zwycięską passę rozpoczął w maju od wygranej w dużym challengerze w Rzymie. Tam w finale pokonał nie byle kogo – zawodnika pierwszej setki rankingu, Gillesa Mullera. Następnie był bardzo blisko debiutu w Wielkim Szlemie – na Roland Garros przegrał w finale eliminacji po zaciętym spotkaniu z Igorem Sijslingiem. Co się nie udało we Francji, to udało się w Anglii – na Wimbledonie Jerzykowi udało się przejść przez kwalifikacje. Debiut w Wielkim Szlemie Dżery miał genialny – najpierw pokonał Simone Bolleliego, a potem Ernesta Gulbisa. Polaka zatrzymał dopiero Florian Mayer, pomimo piłek meczowych dla naszego krajana. Znowu wszystko przez Niemców! Po Wimbledonie Jerzy zdobył kolejne dwa tytułu – w challengerach w Scheveningen i Poznaniu. Potem nastąpiła drobna wpadka – w pierwszej rundzie US Open Janowicz odpadł z niejakim Dennisem Novikovem, zawodnik wtedy klasyfikowanym o tysiąc miejsc niżej. Oczywiście po tym meczu większość mediów w dziwny sposób przestała dostrzegać zalety Jurka i zaczęła wytykać mu wady. No cóż, to cecha większości Polaków… Ale Tenisowa Nerwica ma nosa i dobrze wiedziała, że to jednorazowa wpadka oraz że jeszcze zaskoczy. I się nie pomyliliśmy. Na turnieju ATP w Moskwie Łodzianin zaszedł do cwierćfinału, pokonując Benjamina Beckera i Carlosa Berlocqa, a przegrywając z Thomazem Belluccim (znanym z tego, że przerąbał prowadzenie 4:0 z Nadalem w pierwszej rundzie Wimbledonu). Następnym turniejem Jerzego jest ten obecnie rozgrywany w Paryżu. Polak był zmuszony rozpoczynać go od kwalifikacji. Tam bez straty seta pokonał Dmitrija Tursunova i Florenta Serrę. Podczas dolosowywania zwycięzców eliminacji, Jurek miał pecha – trafił na Philippa Kohlschreibera. Jednak Janowicz nie przejął się niełatwym losowaniem – pokonał Niemca, a w kolejnej rundzie pomachał na do widzenia Marinowi Cilicowi. Największą sensację sprawił w trzeciej rundzie. Wywalił z hali Bercy mojego ukochanego, Andy’ego Murraya, po obronie meczbola. Na tym nie koniec. W ćwierćfinale wygrał z Janko Tipsarevicem po kreczu Serba w decydującej partii. Jak sobie poradzi z Gillem Simonem? Zobaczymy to już jutro! 

Zauważyłem jednak pewne ciekawe zjawisko – nagle wielkim fanem tenisa Jerzego Janowicza stał się wielki ekspert od dzieł sztuki, Wojciech Fibak. Jest to naprawdę bardzo interesujące, bo wcześniej nie powiedział niczego o Jurku, jego potencjale i umiejętnościach, tylko rozpływał się nad „inteligentnym stylem gry” Radwy. Skoro tak uwielbią „mądrą grę” Agnieszki, to ja się pytam, co się panu podoba w siłowym tenisie Janowicza, opartym przede wszystkim na serwisie? Ja oczywiście nic nie mam do Jerzego, jest to mój ulubiony polski tenisista. Cenię go za ambicję, waleczność, upór i wydaje mi się, że on jest takim mega luzakiem. xD Bardzo lubię też jego charakter – bywa trochę narwany, ale przynajmniej nie jest bezbarwny. Do tego, jak na wysokiego zawodnika, całkiem nieźle się porusza po korcie, nie jest wielkim betonowym klocem jak Karlovic czy Isner. Co do tytułu posta – napisałem go trochę przewrotnie. Jerzy od dawna jest bardzo obiecującym tenisistą, jego talent narodził się w 1990r. a nie w 2012 na turnieju w Paryżu. Myślę, że Jurek ma szansę stać się pierwszym wielkoszlemowym zwycięzcą z kraju nad Wisłą. I piszę to już dziś! Powodzenia Jurek, zarówno w Paryżu jak i w całej karierze! Tenisowa Nerwica w Ciebie wierzy i trzyma za Ciebie kciuki!