W dniu dzisiejszym zakończyła się jubileuszowa, 40. edycja Mistrzostw WTA. W finale zmierzyły się ze sobą Maria Szarapowa i Serena Williams. Był to ich drugi pojedynek finałowy w WTA Championships. Osiem lat temu lepsza była Rosjanka po trzysetowej walce. Amerykanka miała idealną okazję do rewanżu – jej forma jest na bardzo wysokim poziomie, a oba mecze w 2012 roku z Szarapową (półfinał w Madrycie na tej nieszczęsnej niebieskiej mączce i finał Igrzysk Olimpijskich) zakończyły się szybkim i łatwym zwycięstwem Serenki. Obie panie triumfowały już w tym turnieju – Serena dwukrotnie (2001, 2009), a Maria wygrała w Mastersie raz, w 2004 roku. Przejdę może już do meczu, żeby Was całkowicie nie zanudzić danymi statystycznymi.


Zarówno Masza jak i Serena wyszły ze swoich grup z pierwszego miejsca, notując komplet zwycięstw. W półfinale obie wygrały w dwóch setach, pokazując bardzo dobry tenis. Teraz przyszła pora na konfrontacje dwóch najlepszych zawodniczek tegorocznego Mastersa. Ten mecz pokazał jedno – Serena jest w stanie znokautować swoją rywalkę nawet jak ta gra na naprawdę przyzwoitym poziomie. Do stanu 2:2 wszystko szło równo – tenisistki utrzymywały swoje podanie, głównie dzięki dobrze funkcjonującemu serwisowi. Następnie młodsza z sióstr Williams wrzuciła wyższy bieg i przełamała swoją przeciwniczkę. Dalej wszystko szło na zasadzie utrzymywania swojego podania i Amerykanka zwyciężyła seta z przewagą jednego brejka. Druga partia miała identyczny przebieg jak pierwsza, z jednym małym ale – tym razem Serena zdołała dwukrotnie przełamać swoją rywalkę, a mecz skończyła niesamowitym returnem. Tym samym podwyższyła bilans bezpośrednich meczów między nimi na 10:2. W wywiadzie pomeczowym Williams przyznała, że bardzo jej zależało na zwycięstwie w tym turnieju i było to widać. Odniosła swój trzeci triumf w tej imprezie, poprzednio zwyciężała, tak jak wspominałem, w 2001 i 2009 roku. Co do postawy Szarapowej, ciężko jej cokolwiek zarzucić. Grała naprawdę dobrze, inną rywalką z taką grą wciągnęłaby nosem, ale że po drugiej stronie siatki stała Serena Williams… Nie mogła nic zrobić, choć próbowała. Amerykanka na koniec meczu miała wręcz genialne statystyki – 40 winnerów i tylko 14 niewymuszonych błędów, że już o asach nie wspomnę. Rosjanka spotkanie zakończyła na minimalnym plusie – 13:12. Jak na Marysię, to świetny wynik – ona w błędach własnych zwykle notuje co najmniej 20, nawet w wygranych meczach. Na koniec powiem jedno – Serena Williams to królowa kobiecego tenisa. Wynik: 6:4 6:3 – Serena Williams