US Open 2013 – pierwsza runda kobiet

US Open rozpoczął się na dobre! Przez pierwsze dwa dni panie uraczyły nas całkiem przyzwoitymi widowiskami. Być może moje narzekania, że to będzie wyjątkowo słaby Szlem okazały się przedwczesne. Zawodniczki z czołówki pokazały, dlaczego są w przodzie rankingu, pokazało się kilka naprawdę obiecujących zawodniczek, które mogą namieszać w Tourze pomimo młodego wieku. Przejdźmy do spotkań.

Tradycyjnie rozpocznę od spotkań Polek (czy jak to się w internecie mówi – Polaczków?). Jedynymi zawodniczkami z Kraju nad Wisłą, które występują w turnieju głównym są oczywiście siostry Radwańskie – trzy inne Polki przepadły w kwalifikacjach. Zacznę od rozstawionej z 4. Agnieszki, która otworzyła turniej na korcie Artura Ashe’a (czyli tym głównym). Radwańska miała za rywalkę Silvię Soler Espinosę – typowo hiszpańską tenisistkę, która najlepiej czuje się na kortach ziemnych, jednak wolne korty w Nowym Jorku też jej sprzyjają (dwukrotnie osiągnęła tu trzecią rundę). Nie sprzyjało jej za to losowanie, bo już w pierwszej rundzie była zmuszona zmierzyć się z zawodniczką z czołówki. Przez cały czas było widać różnice między zawodniczkami – mecz idealnie obrazował, jaka przepaść dzieli Top 10 i zawodniczki w pobliżu końcowej setki rankingu. Agnieszka dobrze serwowała (3 asy), sporo grała przy siatce i skończyła mecz z dodatnim bilansem winnerów do niewymuszonych błędów. Jednak ciężko powiedzieć coś więcej o formie starszej z sióstr, bo nie oszukujmy się – Silvia nie należy do nie wiadomo jak wymagających rywalek. A w drugiej rundzie czeka już kolejna Hiszpanka – Maria Teresa Torro Flor, którą również można zaliczyć do „typowo hiszpańskich” zawodniczek i która w pierwszej rundzie uporała się z Mariną Erakovic w dwóch setach. Wynik: 6:1 6:2 – Agnieszka Radwańska

Równie łatwo do drugiej rundy awansowała młodsza siostra Agnieszki, Urszula. Rywalkę miała chyba jeszcze łatwiejszą niż Agnieszka – Irina-Camelia Begu jest kompletnie bez formy, co najlepiej obrazuje popełnionych przez nią 9 podwójnych błędów serwisowych. A obrona tytułu w Taszkiencie coraz bliżej… W następnej rundzie na Ulę czeka prawdziwe wyzwanie w postaci mojej chrześnicy i mojego odkrycia, Sloane Stephens. Oj, ceny autografów mogą wzrosnąć. Wynik: 6:1 6:3 – Urszula Radwańska

Absolutna faworytka do triumfu (jak wszędzie) Serena Jameka Williams już w pierwszej rundzie musiała zmierzyć się z Francescą Schiavone, która jeszcze 2 lata temu była zawodniczką z Top 10. Niestety teraz popularna „Franka” jest cieniem samej siebie sprzed tamtych czasów. Za to Serenę musiała zmobilizować porażka w finale w Cincinnati, bo pierwszą rundę US Open rozpoczęła na najwyższych obrotach, oddając rywalce tylko jednego gema. Włoszka popełniła 8 podwójnych błędów, a mecz zakończyła z 3 winnerami i aż 18 niewymuszonymi błędami. Williams wypada dużo lepiej w tych statystykach, co idealnie obrazuje wynik spotkania – 13:8, 1 as – tyle wystarczyło Serenie do bezproblemowego zwycięstwa. W drugiej rundzie czeka ją spotkanie z Galiną Woskobojewą i zapewne skończy się to podobnym rezultatem jak w pierwszej rundzie. Wynik: 6:0 6:1 – Serena Williams

Bardzo przyzwoite spotkanie (pomimo wydawałoby się jednostronnego wyniku) rozegrały Venus Williams z Kirsten Flipkens. Venus, zwyciężczyni tego turnieju z lat 2000-2001 cały czas pokazuje, że ma ogromne serce do gry. Mimo że częściej walczy z samą sobą niż z rywalką, to cieszy się z gry. W meczu z Flipkens miło się oglądało Venus, szczególnie przy siatce. Niestety plecy nie pozwalają serwować jak za dawnych lat… Trzeba też oddać Kirsten, że starała się dotrzymywać kroku starszej z sióstr Williams i zasługiwała na więcej niż 3 gemy. Tym samym Venus zrewanżowała się Belgijce za niedawną porażkę w Toronto. Kolejną rywalką Amerykanki będzie Zheng Jie, która pokonała kontuzjowaną (Holenderka będzie mieć operacje kostki po US Open) Kiki Bertens. Wynik: 6:1 6:2 – Venus Williams

Inne wysoko rozstawione tenisistki, Sara Errani (4.) i Victoria Azarenka (2.) odesłały swoje przeciwniczki na rowerku, czyli zwyciężyły, nie tracąc ani jednego gema. O ile Olivia Rogowska sama sobie zapracowała na taką porażkę z Włoszką, popełniając 38 niewymuszonych błędów, o tyle rowerek dla Dinah Pfizenmaier wydaje się mocno niesprawiedliwy. Niemka walczyła dzielnie, miała sporo szans na wygranie gema (szczególnie przy słabym podaniu Azarenki), niestety nie wykorzystała tej szansy. Druga runda dla Sary to mecz z rodaczką, Flavią Pennettą, a Victoria podejmie wracającą po poważnej kontuzji Aleksandre Wozniak. Wynik: 6:0 6:0 – Sara Errani, Victoria Azarenka

Będąca w tej samej ćwiartce co Errani, Caroline Wozniacki również awansowała do drugiej rundy. Jej pierwszą rywalką była kwalifikantka Duan Yingying, ochrzczona „chińską Davenport” (przez brytyjskich komentatorów) oraz Safiną (przez p. Lecha Sidora). Skłaniałbym się bardziej w stronę opinii p. Sidora – stylem gry i poruszaniem się faktycznie przypominała Safinę. Jej mecz z Caro był spotkaniem typowej ofensorki (bardzo bezmyślnej w działaniu) i typowej defensorki, cierpliwej i czekającej na błędy. Czekanie ostatecznie się opłaciło – Duan zrobiła aż 46 niewymuszonych błędów, a skończyła 34 piłki. Niektóre winnery robiły naprawdę duże wrażenie, ale co z tego, jak kolejne 3 piłki Chinka wyrzucała na aut? Stać ją było tylko na prowadzenie 5:2 w drugim secie. Caroline do zwycięstwa wystarczyło 11 winnerów i 2 asy. Następne spotkanie Dunki to mecz z Chanelle Scheepers, która wygrała bratobójczy bój z Chanel Simmonds. Wynik: 6:2 7:5 – Caroline Wozniacki

Pierwsza runda okazała się również szczęśliwa dla zawodniczek grających z „zamrożonym rankingiem”. Wszystkie trzy panie grające z taką przepustką (Alisa Klejbanowa, Aleksandra „kiedyś bende w dziesiontce” Wozniak i Alexandra Dulgheru). Najbardziej zaskakująca wydaje się wygrana Rosjanki – za rywalkę miała bardzo utalentowaną Monicę Puig, która wydawała się faworytką tego spotkania. Dużą niespodzianką jest też wygrana „królowej Warszawianki” (Dulgheru dwa razy wygrała turniej w Warszawie) z faworytką miejscowych – Varvarą Lepchenko. Spotkanie to nie stało na najwyższym poziomie, podobnie jak mecz Oli Wozniak z Wiesną Dolonc, które łącznie popełniły 15 podwójnych błędów serwisowych. O kolejnej rywalce Kanadyjki już wspominałem, Rumunka zmierzy się z Aną Ivanovic, a Alisa z Jeleną Jankovic. Wynik: 6:4 3:6 7:5 – Alisa Klejbanowa, 7:5 7:6(5) – Aleksandra Wozniak, 6:7(5) 6:2 7:6(5) – Alexandra Dulgheru

Bardzo emocjonujące spotkanie rozegrała specjalistka od turniejów wielkoszlemowych, Sloane Stephens i uwielbiająca grać w Nowym Jorku, Mandy Minella. Faworytką spotkania była reprezentująca gospodarzy Sloane, jednak Mandy pokazała w tym meczu, dlaczego dwukrotnie osiągnęła na Flushing Meadows trzecią rundę. Spotkanie nie stało niestety na wysokim poziomie, obie zawodniczki częściej darowały sobie punkty niewymuszonymi błędami niż zdobywały je winnerami (38:55 Sloane, 15:37 Mandy). W decydującym secie doszło do tie-breaka (jedyny Szlem, gdzie w ostatnim secie tie-break jest grany), w którym zwyciężyła zwykle bardzo dobra na Szlemach Amerykanka. Minella zakończyła mecz ze łzami w oczach. Trudno się dziwić – miała bardzo dużą szansę na zwycięstwo i z niej nie skorzystała. Następną przeciwniczkę Stephens już znamy. Wynik: 4:6 6:3 7:6(5) – Sloane Stephens

Na koniec zostawiłem zdecydowanie największą sensacje pierwszej rundy. Triumfatorka sprzed dwóch lat, Samantha Stosur przegrała już w pierwszej z bardzo zdolną kwalifikantką, Victorią Duval. Panie zagrały na całkiem niezłym poziomie (co nie wynika ze statystyk), z wielką przyjemnością oglądało się przede wszystkim pochodzącą z Haiti Duval. Niesamowity postęp zrobiła Victoria w ciągu roku – na US Open 2012 łatwo poległa z Kim Clijsters (tęsknimy!), ale już wtedy było widać, że jest potencjał w tej dziewczynie. Dziewczynie, która trzy lata temu przeżyła trzęsienie ziemi na Karaibach, którą w wieku 7 lat wzięto jako zakładniczkę, dzisiaj po tych wszystkich przeciwnościach losu wygrywa z dużo wyżej notowaną rywalką. Wielki szacunek dla Victorii Duval! Stosur za to kompletnie zawiodła – miała świetną drabinkę i dużą szansę na zrobienie przynajmniej ćwierćfinału, tymczasem po słabej grze odpada już w pierwszym meczu. Kolejną rywalką Duval będzie Daniela Hantuchova, która pokonała inną Amerykankę, Marię Sanchez. Wynik: 5:7 6:4 6:4 – Victoria Duval

Porażki rozstawionych: Samantha Stosur (11.), Kirsten Flipkens (12.), Dominika Cibulkova (17.), Nadia Pietrowa (20.), Magdalena Rybarikova (29.), Klara Zakopalova (31.)

Najciekawsze spotkania drugiej rundy: Urszula Radwańska – Sloane Stephens, Eugenie Bouchard – Angelique Kerber, Donna Vekic – Simona Halep, Paula Ormaechea – Sabine Lisicki.

US Open 2013 – drabinka pań

133 edycja turnieju na kortach Flushing Meadows zapowiada się wyjątkowo… słabo. Niekwestionowana liderka Serena Williams płaci cenę za wyczerpujący sezon na kortach ziemnych i gra piach (a i tak wygrywa), Victorię Azarenkę opuścił serwis (a i tak wygrywa). Światowy nr 3 w turnieju w ogóle nie wystąpi, a pozostałe rywalki nie dorównują do pięt zawodniczkom z top 2. Dobra, koniec tego lamentowania.

 

W czwartek 22. sierpnia o godzinie 18 czasu naszego rozpoczęła się ceremonia losowania drabinki turniejowej. Drabinki losowali zeszłoroczni zwycięzcy – Serena Williams i Andy Murray. Drabinkę, którą ja będę opisywał, czyli kobiecą, losował Szkot, więc wszelkie pretensje mogą państwo kierować do niego. Oto efekt losowania przez „złote rączki” Andy’ego…:

http://www.wtatennis.com/SEWTATour-Archive/posting/2013/905/MDS.pdf

Ćwiartka Sereny:
Serena Williams i…. długo, długo nic. Tak można najkrócej opisać pierwszą ćwiartkę US Open 2013. Pomimo że w pierwszej rundzie Amerykanka zmierzy się z utytułowaną Francescą Schiavone, to ciężko sobie wyobrazić, ze mogłaby zagrozić Williams. Włoszka najlepsze czasy ma już za sobą, poza tym, pojawiają się plotki, że Francesca po US Open ma pożegnać się z tenisem. W czwartej rundzie może dojść do ciekawego spotkania ze Sloane Stephens. Będzie to okazja dla młodszej z sióstr Williams za porażkę w tegorocznym Australian Open. Jest tutaj też Urszula Radwańska, która pierwszą rundę z Iriną-Camelią Begu powinna przejść bez problemu. W następnym meczu z dobrze dysponowaną na Szlemach Sloane nie widzę jej szans. Mamy tu też inną zdolną Amerykankę – Jamie Hampton, której pojedynek ze Stephens może się wydarzyć w trzeciej rundzie. Niżej jest jeszcze ciekawiej – bardzo ciężko jest tu wskazać potencjalną rywalkę dla Sereny w ćwierćfinale. Według rozstawienia powinna nią być Kerber, ale wszyscy wiemy, w jakiej formie jest Niemka. Gospodarze na pewno chcieliby, żeby to była Venus, ale niestety przy obecnej kondycji Williams jest to mało prawdopodobne. Namieszać tutaj mogą Carla Suarez Navarro, Kaia Kanepi, Kirsten Flipkens i Eugenie Bouchard. Ten fragment drabinki zapowiada się bardzo interesująco.
Zwyciężczyni ćwiartki: Serena Williams
Czarny koń: Kaia Kanepi, Kirsten Flipkens, Venus Williams, Eugenie Bouchard.
Najciekawsze spotkania: Kirsten Flipkens – Venus Williams, Serena Williams – Francesca Schiavone

Ćwiartka Agnieszki:
Tutaj znajduje się nasza duma narodowa i nadzieja polskiego tenisa – Agnieszka Radwańska. Polka otwiera te ćwiartkę z racji rozstawienia z nr 3. W pierwszym meczu podejmie Silvię Soler Espinosę, która w ostatnich dwóch latach osiągała tu trzecią rundę. W tym roku zapewne nie powtórzy tego wyczynu. W trzeciej rundzie może dojść do spotkania z Pawluczenkową, która dwa lata temu osiągnęła tu ćwierćfinał, natomiast w następnej rundzie może dojść do meczu ze znienawidzoną przez fanów Radwańskiej od Wimbledonu Sabine Lisicki. Miejmy nadzieję, że Niemka dotrze do tej fazy i że Agnieszka będzie milsza przy pożegnaniu niż ostatnio. Znajduje się też tutaj weteranka światowych kortów, Kimiko Date-Krumm oraz zawsze barwna Bethanie Mattek-Sands. Ewentualną rywalką Radwy w ćwierćfinale powinna być Na Li lub Jelena Jankovic. Mecz Serbki w pierwsze rundzie zapowiada się na hit, ponieważ jej rywalką będzie bardzo utalentowana Madison Keys. Pozostałymi rozstawionymi w tej ćwiartce są: Jekaterina Makarowa, Sorana Cirstea i Laura Robson.
Zwyciężczyni ćwiartki: Na Li
Czarny koń: Agnieszka Radwańska, Sabine Lisicki, Jelena Jankovic, Madison Keys
Najciekawsze spotkania: Jelena Jankovic – Madison Keys, Monica Puig – Alisa Klejbanowa, Virginie Razzano – Anastasija Pawluczenkowa

Ćwiartka Sary:
Czyli najdziwniejsza, najśmieszniejsza i najbardziej pokręcona część tegorocznej drabinki. Wskazać tutaj zwyciężczynie to jak wygrać w totku. Już sama nazwa „ćwiartka Sary” wywołuje uśmiech na ustach. Errani może podziękować Szarapowej, że się wycofała, bo gdyby nie to, to takiej nazwy by nie było. W pierwszym meczu Włoszka podejmie Olivię Rogowską – „lucky loserkę” (zastąpiła Ayumi Moritę). W trzeciej rundzie może dojść do ciekawego spotkania z Kuzniecową i biorąc pod uwagę coraz poważniejsze problemy Sary z kondycją (organizm nie wytrzymuje takiej dawki spotkań, co było widać w New Haven) to może się to różnie skończyć. Wyżej znajduje się moja nadzieja – Caroline Wozniacki, przeżywająca w tym sezonie zawirowania z formą. Na początek dostała kwalifikantkę Duan Yingying. Nie powinna mieć z nią problemów (chociaż z Azjatkami nigdy nic nie wiadomo). Caroline powinna wykorzystać dar od losu w postaci łatwej ćwiartki i ja zwyciężyć. Ewentualne zagrożenie może czekać w ćwierćfinale w postaci kogoś z trójki Errani/Halep/Kuzniecowa. Prawdopodobna rywalka Wozniacki w czwartej rundzie, Jelena Wiesnina, nie powinna być większym zagrożeniem, a inna rozstawiona w tej części, Roberta Vinci, powoli traci formę, którą prezentowała przez większą część tego roku.
Zwyciężczyni ćwiartki: Caroline Wozniacki
Czarny koń: Sara Errani, Simona Halep, Swietłana Kuzniecowa
Najciekawsze spotkania: Maria Kirilenko – Yanina Wickmayer, Swietłana Kuzniecowa – Mallory Burdette

Ćwiartka Victorii:
Ostatnią ćwiartkę otwiera Petra Kvitova, która US Open 2013 rozpocznie meczem z Misaki Doi. O ile z leworęczną Japonką nie powinna mieć problemów, o tyle poważnym zagrożeniem dla Kvitovej w drugiej rundzie może okazać się wracająca po kontuzji Andrea Petkovic. Niżej jest zdobywczyni Nowego Jorku z 2011 r. Samantha Stosur w pierwszej rundzie podejmie kwalifikantkę, zdolną Victorię Duval. Stosur ma dużą szansę na powtórzenie wyniku sprzed roku. Tak jak w 2012 tak i w tym roku w ćwierćfinale może się zmierzyć z Victorią Azarenką. Będzie to idealna okazja na rewanż dla Australijki, która w Carlsbadzie pokazała, że może wygrać z Azarenką (było to jej pierwsze zwycięstwo nad Białorusinką w ich… 9. spotkaniu). Azarenka z kolei na starcie spotka się z Dinah Pfizenmaier – zdolną Niemką, która gra głównie w ITF’ach. Tuż nad nimi jest Aleksandra „kiedyś bende w dziesiontce” Wozniak, która ma sporą szansę na spotkanie się z Azarenką w drugiej rundzie. Pozostałymi rozstawionymi tutaj są Nadia Pietrowa (kompletnie bez formy), Mona Barthel, Ana Ivanovic oraz Dominika Cibulkova.
Zwyciężczyni ćwiartki: Victoria Azarenka
Czarny koń: Samantha Stosur, Petra Kvitova
Najciekawsze spotkania: Bojana Jovanovski – Andrea Petkovic, Elina Switolina – Dominika Cibulkova
 

Na koniec może o wycofaniach. Co prawda z turnieju zrezygnowały tylko cztery tenisistki, to aż dwie z nich to zawodniczki z top 10. W Nowym Jorku zabraknie Marii Szarapowej, która nabawiła się kontuzji ramienia (oczywiście nie przeszkadza jej to w promocji cukierków) oraz Marion Bartoli, która zakończyła karierę. Oprócz nich zabraknie jeszcze Julii Putincewej i Ayumi Moritę.

To by było na tyle. Teraz wspólnie przez dwa tygodnie możemy rozkoszować się urokami ostatniego turnieju wielkoszlemowego w tym roku.

Cudowne dziecko tenisa – comeback

16 lipca świat zelektryzowała wiadomość – Martina Hingis wraca do tenisa! Była to dość zaskakująca informacja – Szwajcarka zdawała się spełniać w tenisie w turniejach legend (gdzie grała w ostatnim czasie z Lindsay Davenport) i w pokazówkach oraz w swojej największej pasji – jeździe konnej, udzielała się również charytatywnie i zajmowała się komentowaniem spotkań. Poza tym ostatnio Hingis zajęła się pomaganiem w karierze Nastii Pawluczenkowej. Póki co Martina zdecydowała się na powrót tylko do gry podwójnej. Jest zgłoszona do wszystkich turniejów deblowych z cyklu US Open Series, wraz z US Open. Jej partnerką będzie Daniela Hantuchova. Pojawiła się też plotka, że Hingis planuje powrót także do singla na turnieje azjatyckie, jednak póki co nie potwierdziła ona oficjalnie tych doniesień.

Martina Hingis urodziła się 30. września 1980 r. w Koszycach na terenie dzisiejszej Słowacji. Przyszłość Martiny była już „z góry” ustalona – jak córka trenera tenisowa i byłej czechosłowackiej tenisistki od początku swojego życia była kierowana w stronę tenisa. Imię otrzymała na cześć Martiny Navratilovej, jednej z najwybitniejszych tenisistek wszechczasów. Treningi rozpoczęła już w wieku dwóch lat pod okiem matki, która trenowała swoją córkę przez całą karierę. W wieku niespełna 14 lat miała już na koncie dwa triumfy w juniorskich turniejach wielkoszlemowych – Roland Garros i Wimbledon w 1994 r. Osiągnęła również finał US Open tego samego roku. Rok wcześniej była też najlepsza na kortach im. Philippe’a Chatriera. W turnieju WTA zadebiutowała w marcu 1994 r. w swojej rodzinnej Szwajcarii podczas turnieju w Zurychu. Debiut rozpoczęła od wygranej nad Patty Fendick, tenisistką sklasyfikowaną wtedy na 45. miejscu w rankingu WTA. Przegrała w kolejnym meczu z piątą tenisistką świata, Mary Pierce. Debiut w „dorosłym” turnieju wielkoszlemowym również zakończyła na drugiej rundzie. Było to w Melbourne w roku 1995. Pierwszy finał w turnieju WTA osiągnęła w maju tego samego roku w Hamburgu. Przegrała w nim z Conchitą Martinez. Ta sama zawodniczka wyeliminowała też Szwajcarkę w jej drugim finale w Rzymie rok później. Oprócz tego występu Martina zanotowała cztery inne finały w zawodach WTA. Dwa z nich wygrała – w Filderstadt i Oakland. Wartym odnotowania występem Hingis jest finał turnieju Masters w roku 1996. Wtedy do zmagań kwalifikowało się 16 zawodniczek (obecnie 8) i nie było podziału na grupy jak teraz. Po pokonaniu Iriny Spirlei, Kimiko Date-Krumm oraz Ivy Majoli w finale czekała już Steffi Graf. Wówczas finały tych zawodów były grane do trzech wygranych setów. Niemka i Szwajcarka zafundowały mieszkańcom Nowego Jorku ciekawe spotkanie, które trwało aż pięć setów. W ostatniej partii Martina kompletnie zgasła, nie wytrzymała fizycznie trudów tego spotkanie i przegrała do zera. Był to jednak znak, że czasy Martiny Hingis nadchodzą. Prawdziwy przełom nastąpił w 1997 r. Ten sezon został absolutnie zdominowany przez Martinę, wygrała w nim aż 12 turniejów! W całym roku 1997 przegrała zaledwie pięć spotkań, w tym finał Roland Garros, gdzie niespodziewanie uległa Ivie Majoli. Chorwatka przerwała serię 37 spotkań bez porażki Martiny. Pozostałe trzy turnieje wielkoszlemowe padły już jej łupem, a po zwycięstwie w Miami Hingis została nową liderką rankingu. W kolejnym roku udało jej się obronić tytuł w Melbourne, oprócz tego wygrała Indian Wells, Hamburg, Rzym i odniosła pierwszy triumf w turnieju kończącym sezon. 1999 rok przyniósł trzeci z rzędu tytuł w Australian Open. Do historii przejdzie jednak finał Roland Garros. Jej rywalką wtedy była Steffi Graf, która powoli żegnała się ze światowymi kortami. Szwajcarka była o krok od zdobycia karierowego szlema, prowadziła w finale 6:4 5:4 i serwowała po zwycięstwo. Nie wykorzystała jednak przewagi, Niemka zdołała powrócić do meczu i go wygrać. To spotkanie kompletnie załamało Hingis, która płakała na korcie, złościła się, a pod koniec meczu zaczęła… serwować od dołu. Ten finał przeszedł do historii jako jeden z najlepszych i najbardziej emocjonujących spotkań w historii. Martinie dużo czasu zajęło zbieranie się w sobie po tej porażce – na Wimbledonie odpadła już w pierwszej rundzie i dopiero na turniejach w USA zaczęła prezentować odpowiedni poziom. Rok 2000 przerwał jej hegemonię w Melbourne, przegrała w finale z Davenport. Udało jej się za to zwyciężyć w Tokio, Miami, Hamburgu, ‚s-Hertogenbosch, Montrealu, Filderstadt, Zurychu, Moskwie oraz w turnieju Mistrzyń. Mimo to jednak z każdym rokiem Martina radziła sobie coraz gorzej, przegrywając z lepiej zbudowanymi rywalkami, jednocześnie tracąc przy tym pozycję liderki kobiecego tenisa. XXI wiek przyniósł trzy triumfy – w Sydney, Doha i Dubaju. 2002 rok przyniósł szósty z rzędu finał Australian Open, przegrany z Capriati, pomimo czterech piłek mistrzowskich dla Hingis. Szwajcarka zdążyła jeszcze wygrać turniej w Tokio i było to jej ostatnie turniejowe zwycięstwo przed zakończeniem kariery (tym pierwszym). Martinie coraz częściej przytrafiały się kontuzje, miała problem z kostką (zarówno lewą jak i prawą) i w 2003 roku zakończyła karierę. Nie było to jednak jej ostatnie słowo, bo już dwa lata później postanowiła wrócić do profesjonalnego grania. W latach 2006-2007 zdołała wygrać trzy turnieje – w Rzymie, Kalkucie i w jej ukochanym Tokio. Ponownie karierę zakończyła 1 listopada 2007, po tym jak wykryto w jej organizmie kokainę. Hingis została zdyskwalifikowana na 2 lata, jednak do tenisa nie miała zamiaru wracać. Aż do dzisiaj.



Martina była nie tylko bardzo dobrą singlistką. W deblu osiągała jeszcze lepsze rezultaty. Jest zwyciężczynią 9 turniejów wielkoszlemowych w grze podwójnej. Do tego ma też jeden tytuł w mikście (Australian Open 2006 w parze Maheshem Bhupathim). Pierwszy tytuł wielkoszlemowy zgarnęła na Wimbledonie w roku 1996, grając w parze z Heleną Sukovą. Do historii jednak przejdzie rok 1998. Hingis wygrała wtedy wszystkie cztery (!) turnieje wielkoszlemowe, zdobywając Klasycznego Wielkiego Szlema w deblu. W Australian Open partnerowała jej Mirjana Lucic, w pozostałych trzech Wielkich Szlemach jej partnerką była Jana Novotna. Rok później Hingis nawiązała współpracę z Anną Kurnikową. Panie do dziś pozostają jedną z moich ulubionych par deblowych. Świetnie się uzupełniały – mocno grająca Rosjanka i techniczna gra Martiny. Do ich największego sukcesu należą dwa zwycięstwa w Australian Open w latach 1999 i 2002. Wygrały też dwukrotnie deblowego Mastersa i były w finale Rolanda Garrosa w roku 1999, gdzie przegrały po bardzo zaciętym meczu z siostrami Williams. Dodam jeszcze, że Hingis zwyciężyła w Pucharze Hopmana w roku 2001. Jej partnerem był… Roger Federer! Wtedy był on jednak zawodnikiem dopiero co pukającym do czołówki.



Co wyróżniało Hingis spośród jej rywalek? Przede wszystkim umiejętności techniczne. Pomimo mizernych warunków fizycznych (w porównaniu do rywalek) dysponowała bardzo precyzyjnymi uderzeniami. Oprócz tego była świetnym taktykiem. Potrafiła doskonale przewidywać, co za chwilę wydarzy się na korcie, jak zagra rywalka. Jednym z jej popisowych uderzeń był drop shot (skrót). Jednak Martina nie ograniczała się głównie do defensywy (taka aluzja dla ludzi porównujących Radwańską do Hingis). Potrafiła też skutecznie zaatakować, miała bardzo dobrego woleja, który przynosił jej sporo punktów. Gra przy siatce była bardzo mocnym elementem w jej grze, co chyba nikogo nie dziwi, wystarczy spojrzeć na jej wyniki w deblu.

Hingis, oprócz ciekawego dla oka stylu gry, wyróżniała się też trudnym charakterem. Niektóre jej wypowiedzi wywoływały skandal. Im była starsza, tym coraz bardziej szokowała. Do historii przeszły jej wypowiedzi o Janie Novotnej (zapytana dlaczego odrzuciła propozycje gry z Czeszką odpowiedziała: „ona jest za stara i powolna”) czy o Amelie Mauresmo, którą określiła „półfacetem”. Przez cały czas czarowała jednak swoją grą i uśmiechem. Szwajcarka z każdym rokiem coraz częściej buntowała się przeciwko swojej matce i jednocześnie trenerce oraz nie wytrzymywała presji rywalek, stąd też zdecydowała się przedwcześnie zakończyć karierę. Martina znana jest też ze swoich związków z takimi tenisistami jak Magnus Norman czy Radek Stepanek, z którym była zaręczona. Obecnie jest mężatką, w 2010 r. wyszła za Thibaulta Butina.

W przeciągu całej kariery Martina Hingis wygrała 43 turnieje WTA w singla, 37 w deblu i 1 w mikście. Przed kilkoma tygodniami została uhonorowana wprowadzeniem do tenisowej Galerii Sław. Teraz mogą dojść kolejne triumfy w grze podwójnej. Martina współpracę nawiązała z Danielą Hantuchovą, która bardzo dobrze radzi sobie w deblu – jest potrójną finalistką wielkoszlemową, była też partnerką Agnieszki Radwańskiej, z którą zwyciężyła w Miami. Panie zagrały już w jednym turnieju i ten start można zaliczyć do udanych. Dotarły one do ćwierćfinału, w którym lepsza okazała się para Kops-Jones/Spears. Amerykanki są bardzo dobrymi deblistkami, udało im się wygrać cały turniej w Carlsbadzie, więc ta porażka powodem do wstydu dla Hingis i Hantuchovej nie jest. Na dzień dzisiejszy nie wiadomo, czy Martina wróci do singla, jednak wiadomo, że zagra w mikście na US Open. Podobno jej partnerem ma być Nick Kyrgios – młody i bardzo zdolny 18-latek, który na Roland Garros pokonał… Stepanka. Czy Hingis zdoła skutecznie powrócić do rozgrywek? Tenisowa Nerwica będzie się jej bacznie przyglądać!

Serena Williams – The Queen of Clay

Od czasu rozstania Justine Henin (tego pierwszego – 14 maj 2008 r) z tenisem, w rozgrywkach WTA nie było zawodniczki, która dominowała w tenisie w okresie gry na mączce tak jak Belgijka, czy też tak jak siostry Williams na trawie. W ciągu ostatnich dwóch lat na mączce bardzo dobrze radziła sobie Maria Szarapowa, która wyraźnie dominowała na tej nawierzchni (szczególnie w zeszłym roku, gdzie wygrała trzy turnieje właśnie na cegle, w tym Roland Garros). Po tegorocznej zabawie na mączce możemy powiedzieć jednak, że prawdziwą królową gry na cegiełce (jak i na pozostałych nawierzchniach) jest Serena Jameka Williams.

Jednak nie wszystko układało się tak różowo (a raczej pomarańczowo) dla Sereny. Amerykanka (jak większość jej rodaków) miała na początku kariery problemy z europejską mączką, na której nie trenowała. W USA występuje jedynie zielona mączka, tzw „green clay”, na którym odbywa się turniej w Charleston. Przełom nastąpił w 2002 r, kiedy młodsza z sióstr Williams pierwszy raz (i nie ostatni) wyskoczyła z wielką formą. Dopiero wtedy osiągnęła swój pierwszy finał w turnieju na clayu. Było to w Berlinie, gdzie w finale uległa Henin. Jednak już dwa tygodnie później zwyciężyła w Rzymie, a za następne dwa tygodnie cieszyła się z triumfu na kortach im. Rolanda Garrosa po finale z siostrą. Był to drugi wielkoszlemowy triumf w jej karierze po wygranej w US Open 1999. W kolejnych latach Serenie jednak nie szło tak świetnie na mączce. Przynajmniej tej pomarańczowej. Dużo lepiej jej szło w Charleston na zielonej cegle, występującej w Stanach Zjednoczonych. Turniej ten wygrała trzykrotnie – w latach 2008, 2012-13. Była jeszcze w finale w 2003, gdzie niestety przegrała z Justine Henin. Jeden tytuł Williams zdobyła również na największym niewypale ostatnich lat – w Madrycie na niebieskiej mączce, która została oddana do użytku w 2012 i już rok później zrezygnowano z tego pomysłu, po protestach większości zawodników, szczególnie panów (chociaż kobiety też krytykowały ten pomysł). Tym samym Serena Williams jako jedyna kobieta w historii zdobyła tytuł na blue clayu. Czyli w roku 2012 Amerykanka zdobyła dwa tytuły na ceglanej mączce, jednak na tych „kolorowych” nawierzchniach, a nie na klasycznym pomarańczowym korcie. Występy w pozostałych dwóch turniejach – Rzymie i Roland Garros, Serena zakończyła na półfinale (gdzie oddała mecz walkowerem Na Li), a w Paryżu odpadła już w pierwszej rundzie po porażce z Virginie Razzano. Williams została zgnojona przez kibiców gospodarzy, którzy doprowadzili ją do płaczu już podczas trwania meczu. To nie pierwszy taki występ francuskiej publiczności. O ich zachowaniu można pisać godzinami. Była to pierwsza (!) porażka naszej głównej bohaterki w pierwszej rundzie Wielkiego Szlema. Był to przełomowy moment. Serenę bardzo zabolała ta porażka, wzięła się do pracy i już rok później pokazała swoim konkurentkom, że to przegrane spotkanie było jednorazowym incydentem. Królowa powróciła w wielkim stylu na mączkę i pokazała wszystkim, kto tu rządzi.

Swój marsz po tytuł królowej mączki Serena Williams w Charleston. Po bye w pierwszej rundzie (jeden z najgroźniejszych z możliwych rywali), w kolejnej Serena pokonała Camilę Giorgi – Włoszkę znaną z upodobania do bardzo krótkich i obcisłych sukienek. :) W ćwierćfinale doszło za to do powtórki meczu finałowego, gdyż rywalką Amerykanki była Lucie Safarova. Tym razem Czeszka zdołała urwać Williams o 4 gemy więcej niż w zeszłorocznym finale. W półfinale doszło do historycznego, 24. starcia sióstr Williams. Był to ich pierwszy mecz między sobą od ponad czterech lat. Niestety nie doczekaliśmy się wspaniałego widowiska. Młodsza siostra nie oszczędziła schorowanej Venus i oddała jej zaledwie trzy gemy. W decydującym meczu królowa mierzyła się z Jeleną Jankovic, jedną z niewielu tenisistek, która w miarę potrafi walczyć na równi z Sereną. Ten mecz też nie był spacerkiem dla faworytki. Po przegranej w pierwszym secie wszystko wróciło do normy i tytuł powędrował do wiadomo kogo. Następnym przystankiem w drodze królowej był Madryt. Tym razem już ten turniej odbył się na WŁAŚCIWEJ mączcePo bye w pierwszej rundzie „See” podejmowała Julię Putincewą – nawet nieźle grającą, małą, aczkolwiek ogromnie niesympatyczną młodą dziewczynkę. Po wyrównanej walce w pierwszym secie, zakończonym dopiero po tie-breaku, w drugim Amerykanka skutecznie uciszyła młodą Kazaszkę. Problemy pojawiły się w ćwierćfinale, gdzie poważny opór postawiła reprezentantka gospodarzy – Anabel Medina Garrigues. Hiszpanka wygrała drugiego seta z młodszą siostrą Venus do 0 (!), ostatecznie jednak poległa 5:7 w decydującej partii. Kolejne mecze już nie należały do szczególnie emocjonujących – zarówno Errani jak i Szarapowa nie zdołały nawiązać walki z Williams (szczególnie Marysia, co nie dziwi – Serene leje ją jak chce przy każdej możliwej okazji). Po stolicy Hiszpanii przyszedł czas na Włochy – ojczyznę makaronu i pizzy. Inne tenisistki zwiedzały Koloseum i inne zabytki wiecznego miasta. Możliwe, że Serena też wzięła się za zwiedzanie, przy okazji gromiąc swoje rywalki jedna po drugiej. Najwięcej gemów Williams straciła w meczach z Laurą Robson i Victorią Azarenką. Była to zawrotna liczba czterech gemów. Podobnie wyglądało to w Paryżu. Pierwsze cztery rundy 31-latka przeszła jak burza. Po raz drugi komplikacje pojawiły się w ćwierćfinale. Oczywiście Serena wyszła z nich zwycięsko, ale trzeba przyznać, że Swietłana Kuzniecowa, triumfatorka paryskich zawodów z 2009 roku grała bardzo dobrze. Obie panie stworzyły widowisko godne ćwierćfinału wielkoszlemowego (jak nie lepiej). Amerykanka wyciągnęła wnioski z tego meczu i w półfinale wręcz rozjechała Sarę Errani. Tak jednostronnego meczu w tak zaawansowanej fazie turnieju już dawno nie widziałem. Finał był już oczywisty, zważywszy na to, że jej rywalką była Maria Szarapowa. Rosjanka od 2004 roku nie potrafi znaleźć sposobu na Serenkę, w meczach z nią jest spanikowana i wystraszona. Tym razem również jej się nie udało i Serena Jameka Williams po raz drugi w karierze wygrała Roland Garros, po 11 latach od pierwszego triumfu w tym turnieju. Jednak nie był to koniec wojaży królowej na mączce. Półtora miesiąca po zwycięstwie w Paryżu Serena przyjechała do szwedzkiego kurortu. Jednak nie na wakacje, tylko na turniej Collector Swedish Open (lub po prostu Swedish Open) w Bastad. Tam również Williams bez większych problemów triumfowała, pokonując w finale faworytkę gospodarzy, Johannę Larsson. Jest to pierwszy (!) International wygrany przez Serenę w karierze. To pokazuje wielkość Sereny, która nie rozdrabniała się na mniejsze turnieje i triumfy zbiera głównie na największych turniejach (w Internationalu wystąpiła dopiero po raz 6.). Tym samym jej bilans spotkań na mączce wynosi 28:0, z czego tylko 3 z nich było trzysetowe. Niesamowity wynik, Tenisowa Nerwica jest pod wrażeniem!

Serena jest niewątpliwie bardzo kontrowersyjna postacią w cyklu WTA. Można ją zarówno kochać jak i nienawidzić. Jednak nawet jej największy przeciwnicy muszą to przyznać – Serena Jameka Williams jest królową tenisa ziemnego.

Statystyka – turnieje wygrane przez Serene Williams na mączce:

Internazionali BNL d’Italia 2002:
pierwsza runda: 
bye
druga runda: Rita Grande (35) – 6:0 6:3
trzecia runda: Denisa Chladkova (105) – 6:1 6:2
ćwierćfinał: Anastasia Myskina (30) – 6:3 6:4
półfinał: Jennifer Capriati (2) – 6:2 3:6 7:5
finał: Justine Henin (8) – 7:6(6) 6:4

Roland Garros 2002: 
pierwsza runda: Martina Sucha (39) – 6:3 6:0
druga runda: Dally Randriantefy (169) – 6:2 6:3
trzecia runda: Janette Husarova (41) – 6:1 6:3
czwarta runda: 
Wiera Zwonariowa (142) – 4:6 6:0 6:1

ćwierćfinał: Mary Pierce (132) – 6:1 6:1
półfinał: Jennifer Capriati (1) – 3:6 7:6(2) 6:2
finał: Venus Williams (2) – 7:5 6:3

Family Circle Cup 2008:
pierwsza runda: 
bye
druga runda: Gisela Dulko (48) – 6:3 6:4
trzecia runda: Katarina Srebotnik (41) – 4:6 6:4 6:3
ćwierćfinał: Maria Szarapowa (4) – 7:5 4:6
6:1
półfinał: Alize Cornet (40) – 7:5 6:3
finał: 
Wiera Zwonariowa (17) – 6:4 3:6 6:3

Family Circle Cup 2012:
pierwsza runda: 
bye
druga runda: Jelena Wiesnina (56) – 6:3 6:4
trzecia runda: Marina Erakovic (45) – 6:2 6:2
ćwierćfinał: Sabine Lisicki (13) – 4:1 – krecz Lisicki
półfinał: Samantha Stosur (5) – 6:1 6:1
finał: Lucie Safarova (26) – 6:0 6:1

Mutua Madrid Open 2012:
pierwsza runda: 
Jelena Wiesnina (68) – 6:3 6:1
druga runda: Anastasia Pawluczenkowa (25) – 6:2 6:1
trzecia runda: Caroline Wozniacki (6) – 1:6 6:3 6:2
ćwierćfinał: Maria Szarapowa (2) – 6:1 6:3
półfinał: Lucie Hradecka (105) – 7:6(5) 6:0
finał: Victoria Azarenka (1) – 6:1 6:3

Family Circle Cup 2013:
pierwsza runda: 
bye
druga runda: Camila Giorgi (85) – 6:2 6:3
trzecia runda: Mallory Burdette (99) – 6:4 6:2
ćwierćfinał: Lucie Safarova (19) – 6:4 6:1
półfinał: Venus Williams (24) – 6:1 6:2
finał: Jelena Jankovic (18) – 3:6 6:0 6:2

Mutua Madrid Open 2013:
pierwsza runda: 
Julia Putincewa (89) – 7:6(5) 6:1
druga runda: Lourdes Dominguez Lino (47) – 6:2 7:5
trzecia runda: Maria Kirilenko (12) – 6:3 6:1
ćwierćfinał: Anabel Medina Garrigues (63) – 6:3 0:6 7:5
półfinał: Sara Errani (7) – 7:5 6:2
finał: Maria Szarapowa (2) – 6:1 6:4

Internazionali BNL d’Italia 2013:
pierwsza runda: 
bye
druga runda: Laura Robson (39) – 6:2 6:2
trzecia runda: Dominika Cibulkova (16) – 6:0 6:1
ćwierćfinał: Carla Suarez Navarro (22) – 6:2 6:0
półfinał: Simona Halep (64) – 6:3 6:0
finał: Victoria Azarenka (3) – 6:1 6:3

Roland Garros 2013:  
pierwsza runda:
Anna Tatiszwili (74) – 6:0 6:1
druga runda: Caroline Garcia (114) – 6:1 6:2
trzecia runda: Sorana Cirstea (30) – 6:0 6:2
czwarta runda: Roberta Vinci (15) – 6:1 6:3
ćwierćfinał: Swietłana Kuzniecowa (39) – 6:1 3:6 6:3
półfinał: Sara Errani (5) – 6:0 6:1
finał: Maria Szarapowa (2) – 6:4 6:4

Collector Swedish Open 2013:
pierwsza runda: 
Sesil Karatanczewa (131) – 6:1 6:2
druga runda: Anna Tatiszwili (104) – 6:2 6:3
ćwierćfinał: Lourdes Dominguez Lino (54) – 6:1 6:1
półfinał: Klara Zakopalova (37) – 6:0 6:4
finał: Johanna Larsson (76) – 6:4 6:1

 

 

 

Komedia pomyłek – Wimbledon 2013

Pora na wielki comeback! Mam nadzieję, że mój powrót będzie choć w połowie tak dobry jak choćby powrót Kim Clijsters w 2009 roku. Najpierw jednak muszę przeprosić wszystkich czytelników. Pragnę wynagrodzić Wam Wasze cierpliwe czekanie tym właśnie postem. Dzisiaj się zajmę ostatnim, zakończonym niewiele ponad tydzień temu Wimbledonem. 127. edycja turnieju na kortach All England Lawn Tennis and Croquet Club miała delikatnie mówiąc zaskakujący przebieg, wręcz sensacyjny. Ale przejdźmy do szczegółów.

1. Postać turnieju:

Marion Bartoli i Sabine Lisicki

Nie potrafiłem wybrać jednej zawodniczki, bo zarówno Marion jak i Sabine zasłużyły na zaszczytny tytuł „postaci turnieju” wg Tenisowej Nerwicy. Zacznę od zwyciężczyni – wyśmiewanej przez kibiców z powodu dziwnego stylu gry i charakterystycznego zachowania podczas meczów (mowa o wszelkich podskokach itp.) Marion Bartoli. Francuzka przez cały turniej grała zaskakująco równo, agresywnie, ale nie popełniając przy tym wielu niewymuszonych setów. Ostatecznie Wimbledon wygrała bez straty seta (!) najbardziej zacięte spotkania grając ze Sloane Stephens, Camilą Giorgi oraz z Christiną McHale. Po zwycięstwie Bartoli pojawiły się głosy, że Marion nie zasłużyła na tytuł wielkoszlemowy, że nie miała po drodze żadnej zawodniczi z top 10 i że jej zwycięstwo było całkowicie przypadkowe. Nie zgadzam się z tym. Owszem, Francuzka miała sporo szczęścia w drabince, ale wykorzystała to, czego nie potrafiły dokonać inne tenisistki. Poza tym, turnieju wielkoszlemowego nie wygrywa się przez przypadek. Bartoli już raz była w finale wielkoszlemowym, jest doświadczoną tenisistką i była gotowa przede wszystkim psychicznie do sięgnięcia po tytuł. Za to należy jej się szacunek. Udało jej się tego dokonać ze wsparciem Amelie Mauresmo (Tenisowa Nerwica pozdrawia i tęskni!). Oto droga Marion Bartoli do tytułu:

1 runda: Elina Switolina – 6:3 7:5
2 runda: Christina McHale – 7:5 6:4
3 runda: Camila Giorgi – 6:4 7:5
4 runda: Karin Knapp –  6:2 6:3
ćwierćfinał: Sloane Stephens (17) – 6:4 7:5
półfinał:
 Kirsten Flipkens (20) – 6:1 6:2
finał: Sabine Lisicki (23) – 6:1 6:4

Druga bohaterka tej kategorii, Sabine Lisicki, miała dużo trudniejszą drogę do finału niż jej finałowa rywalka. Niemka w drodze do finału nie podejmowała żadnej zawodniczki spoza top 50 – najniższą pozycję zajmowała jej ćwierćfinałowa rywalka – Kaia Kanepi (46. miejsce). Sabine, która szczególnie dobrą dyspozycję prezentuje w Londynie (jej najlepszym do tej pory wynikiem w karierze był półfinał właśnie na Wimbledonie w 2011 roku, rok później dotarła do ćwierćfinału, eliminując po drodze Marię Szarapową), w tym roku przez zawody szła jak burza. Pierwszego seta straciła w trzeciej rundzie z Samanthą Stosur, ale o tym meczu później. Pierwszą sensacje niemiecka tenisistka sprawiła w następnym meczu – eliminując samą Serenę Williams, liderkę rankingu, zwyciężczynie Rolanda Garrosa sprzed miesiąca. Lisicki przerwała imponującą passę 34 meczów Amerykanki bez porażki. Najbardziej zacięty mecz Sabine zagrała w półfinale przeciwko Agnieszce Radwańskiej. Po bardzo emocjonującym i zaciętym spotkaniu Niemka ostatecznie zwyciężyła, co bardzo rozzłościło niektórych polskich internautów i „kibiców tenisa”, którzy po prostu zaczęli obrażać finalistkę tegorocznego Wimbledonu. Finalistkę, bo w finale u Sabiny doszła do głosu psychika (lub też zmęczenie), presja, świadomość, że to jej pierwszy finał w karierze i ostatecznie uległa bardziej doświadczonej Marion Bartoli. Niemniej należy się jej szacunek, bo była jedną z najjaśniejszych postaci w tym turnieju (nie bez powodu sama Tenisowa Nerwica ją wyróżnia :) ). Oto droga Sabine Lisicki do finału:

1 runda: Francesca Schiavone – 6:1 6:2
2 runda: Jelena Wiesnina – 6:3 6:1
3 runda: Samantha Stosur (14) – 4:6 6:2 61
4 runda: Serena Williams (1) – 6:2 1:6 6:4
ćwierćfinał: Kaia Kanepi – 6:3 6:3
półfinał: Agnieszka Radwańska (4) – 6:4 2:6 9:7
finał: Marion Bartoli (15) – 1:6 4:6

 

2. Kompromitacja turnieju:

Maria Szarapowa

Skąd to „wyróżnienie”? Rosjanka co prawda przeszła rundę (aż jedną – szacun!), ale od początku jej gra nie wyglądała dobrze. W pierwszej rundzie ostatecznie wygrała w dwóch setach z śliczną Kristiną Mladenovic, jednak ten mecz pozostawiał dużo do życzenia sympatykom Rosjanki, bo poziomem Marysia nie porywała. To był jedyny wygrany mecz Szarapowej w tegorocznym Wimbledonie. W drugiej rundzie Rosjanka podejmowała Michelle Larcher de Brito, zawodniczkę spoza pierwszej setki i przegrała w dwóch setach! (wynik – 6:3 6:4 – Michelle Larcher de Brito) Oczywiście rankingi nie grają, ale porażka Marii zaskakuje – w innych turniejach w tym sezonie ani razu nie odpadła przed ćwierćfinałem. Przebieg meczu pozostawiał wiele do życzenia – osobiście nawet nie miałem zamiaru oglądać tego „widowiska”. Obie panie uraczyły nas głównie krzykami, jękami i innymi wydawanymi z siebie odgłosami. Różnica między Rosjanką a Portugalką polegała na tym, że Michelle trafiała w kort i to ona „wykrzyczała” z turnieju swoją rywalkę. W kolejnym meczu oczywiście nie podtrzymała formy z wcześniejszego spotkania i po wyeliminowaniu gwiazdy Touru przegrała z mało znaną Karin Knapp. Tenisowa Nerwica skomentuje Wimbledon 2013 w wykonaniu Szarapowej jednym gestem – <facepalm>

 

3. Czarny koń turnieju:

Kirsten Flipkens

Czarnego konia nie muszę szukać takiego, ponieważ w tegorocznej edycji było mnóstwo tenisistek, które zaskoczyły dobrym rezultatem, na czele z finalistkami. Postanowiłem jednak wyróżnić Kirsten Flipkens. Belgijka, prezentująca ładny dla oka tenis jeszcze niewiele ponad rok temu była w trzeciej setce w rankingu. Spadek był spowodowany kontuzją (zakrzepy w łydce). Jednak Belgijka zdołała powrócić i zaczęła grać nawet lepiej niż przed kontuzją. W tegorocznym Wimbledonie świetnie wykorzystała otwartą po wycofaniu się Azarenki drabinkę i ostatecznie zameldowała się w półfinale, gdzie już trochę wysiadła fizycznie i przegrała z późniejszą zwyciężczynią, Marion Bartoli. Na największe uznanie Kirsten zasługuje za mecz ćwierćfinałowy, w którym pokonała Petrę Kvitovą, triumfatorkę tego turnieju z 2011 roku. Co tu dużo mówić – świetny turniej w wykonaniu Belgijki! Zobaczmy jej drogę do półfinału:

1 runda: Julia Putincewa (90) – 7:5 6:4
2 runda: Bojana Jovanovski (39) – 6:4 6:4
3 runda: Wiesna Dołonc (97) – 6:4 6:2
4 runda: Flavia Pennetta (166) – 7:6(2) 6:3
ćwierćfinał: Petra Kvitova (8) – 4:6 6:3 6:4
półfinał: Marion Bartoli (15) – 1:6 2:6

4. Polki na Wimbledonie:

Agnieszka Radwańska, Urszula Radwańska, Paula Kania, Magda Linette

Łącznie w tegorocznych zmaganiach w Londynie wystąpiły cztery Polki – dwie w kwalifikacjach i dwie już bezpośrednio w turnieju głównym. Jednak zarówno Paula Kania jak i Magda Linette nie zdołały przejść eliminacji, odpadając już na starcie. Paula przegrała 2:6 6:7(2) z Barborą Zahlavovą-Strycovą (nazywaną przeze mnie pieszczotliwie „Szprycową”) a Magda uległa Claire Feuerstein 2:6 7:6(7) 2:6. Czyli w tej kwestii nie mamy zbyt wiele do podsumowywania. Nikogo nie zaskoczę informacja, że dwiema Polkami w turnieju głównym są sisters Radwańskie – Agnieszka i Urszula „$$$”. Zaczniemy od młodszej siostry, której autograf możecie mieć za zaledwie 50$! Ulcia dotarła do drugiej rundy Wimbledonu, mierząc się na „zielonym dywanie” z reprezentantkami USA. Nie można jednak zaliczyć występu młodszej z sióstr Radwańskich do udanych. Urszula po raz kolejny pokazała, że osiągnięcie trzeciej rundy szlema to za duże wyzwanie dla niej. Podobnie jak na Roland Garros tak i tu przegrała z dużo niżej klasyfikowaną rywalką właśnie w tej fazie turnieju. Czy Ula zdoła się odblokować w kolejnych turniejach wielkoszlemowych? Tenisowa Nerwica będzie obserwować jej starania!

1 runda: Mallory Burdette (68) – 7:6(3) 4:6 62
2 runda: Alison Riske (126) – 6:4 3:6 4:6

Dużo lepiej poszło Agnieszce. Starsza z sióstr Radwańskich była pod sporą presją – broniła punktów za zeszłoroczny finał. Pierwsze dwie rundy to pewne zwycięstwa Polki, ale to nie były zbyt wymagające rywalki. Problemy zaczęły się w trzeciej rundzie, gdzie musiała zmierzyć się z młodą, obiecującą i świetnie serwującą Madison Keys. Radwańska ostatecznie wygrała, ale po trzysetowej walce. Następne dwa mecze również kończyły się w trzech partiach. W półfinale na Agnieszkę czekała rewelacja turnieju – Sabine Lisicki. Panie stworzyły całkiem dobre i bardzo emocjonujące widowisko, w którym ostatecznie zwyciężyła Niemka. Jak oceniam występ Radwańskiej? Uważam, że to był niezły turniej w jej wykonaniu. Jako jedna z nielicznych pań z top 10 rankingu nie zbłaźniła się, była jedyną tenisistką z czołówki w półfinale, a porażka z rozpędzoną Sabine wstydu jej nie przynosi. Za to zachowanie przy siatce i tekst na konferencji prasowej już owszem…

1 runda: Yvonne Meusburger (116) – 6:1 6:1
2 runda: Mathilde Johansson (98) – 6:1 6:3
3 runda: Madison Keys (52) – 7:5 4:6 6:3
4 runda: Cwetana Pironkowa (72) 4:6 6:3 6:3
ćwierćfinał: Na Li (6) – 7:6(5) 4:6 6:2
półfinał: Sabine Lisicki (24) - 4:6 6:2 7:9

5. Mecz turnieju:

Sabine Lisicki vs Samantha Stosur

Tym wyborem chyba zaskoczę większość czytelników, ale widziałem ten mecz i wiem co mówię. Wybór nie był łatwy, bo było sporo dobrych spotkań, jednak postanowiłem wybrać spotkanie trzeciej rundy między Sabine Lisicki a Samanthą Stosur. O ile dobra forma Niemki na Wimbledonie nie dziwi, o tyle Samantha Stosur zaskoczyła w tym roku. Zawodniczka, która teoretycznie powinna bardzo dobrze radzić sobie na trawie (bardzo dobry serwis i forhend), na Wimbledonie kompletnie sobie do tej pory nie radziła, co rok odpadając we wczesnych fazach turnieju. Dużo lepiej szło jej w deblowym Wimbledonie, którego była finalistka (i to aż trzykrotnie, a w jednym z nich grała w parze z… Lisicki). W tym roku Australijka mnie zaskoczyła łatwym przejściem przez dwie pierwsze rundy. Niby rywalki nie były zbyt wymagające (Schmiedlova i Puczkowa), jednak styl, w jakim się z nimi rozprawiła był obiecujący na następne spotkania z wyżej notowanymi rywalkami. Trzecią rundę z Sabine Sam rozpoczęła bardzo dobrze, wygrywając pierwszego seta. W kolejnych dwóch górą była Niemka, jednak gra obu pań w tym meczu była świetna. Lisicki grała super, jak zwykle na Wimbledonie, za to Stosur zagrała najlepszy mecz w swojej karierze (podkreślam – singlowej) w tym turnieju. Obie panie skończyły mecz z lepszym bilansem winnerów do niewymuszonych błędów oraz świetnie sobie radziły przy siatce. Mam nadzieję, że to nie był jednorazowy występ Samanthy i w kolejnych latach będzie jeszcze lepiej. Tenisowa Nerwica trzyma kciuki! Wynik: 4:6 6:2 6:1 – Sabine Lisicki

6. Anty-mecz turnieju:

Sloane Stephens vs Petra Cetkovska

Niestety jestem zmuszony ochrzanić moją chrześnicę, która w trzeciej rundzie zagrała bardzo słabe spotkanie przeciwko Petrze „zmorze Radwy” Cetkovskiej. O tym meczu można powiedzieć jedno – mecz błędów. Obie panie psuły na potęgę, szczególnie Czeszka, która starała się kreować grę. Sloane głównie przebijała na drugą stronę. Pierwszego seta po tie-breaku wygrała Amerykanka. W drugim Cetkovska zaczęła grać dużo lepiej, za to Stephens poziomu nie zmieniła, co poskutkowało tym, że Sloane otrzymała od swojej czeskiej koleżanki koło od roweru. Trzeci set to powrót Petry do poziomu z pierwszej partii i ostatecznie uległa młodszej rywalce. Podobno zwycięzców się nie sądzi, więc oszczędzę Sloane i nie będę już nic mówił o tym meczu. Gratuluję za to ćwierćfinału, bo na tej fazie turnieju zakończyła ona swoją przygodę z Wimbledonem. Wynik: 7:6(3) 0:6 6:4 – Sloane Stephens

7. Żenada turnieju:

nawierzchnia, ilość kontuzji

To co się działo na tegorocznym Wimbledonie to jakieś kuriozum. Ilość kreczy, walkowerów i wywrotek tenisistów podczas meczów przeraża. Spowodowane to było prawdopodobnie nawierzchnią, która została źle przygotowana. Do historii przejdzie tzw. „czarna środa”. Swoich spotkań w tych dniu nie dokończyli (lub w ogóle nie wyszli nawet na kort) : Victoria Azarenka, Jarosława Szwedowa, Steve Darcis, Marin Cilic, Radek Stepanek, John Isner, Michael Llodra. W tym dniu kontuzje ścięgna Achillesa doznała Caroline Wozniacki, trawa nie oszczędziła też Marii Szarapowej, która kilkakrotnie lądowała na niej. W innych dniach kreczowali także: Igor Sijsling, Paul-Henri Mathieu, Philipp Kohlschreiber, Romina Oprandi. Tenisowa Nerwica jest zażenowana!

8. Najlepsze ubranko:

Bethanie Mattek-Sands, Caroline Wozniacki

W tej kategorii chyba nie muszę nic mówić, odpowiem zdjęciami: 

9. Najgorsze ubranko:

Wiktoria Azarenka, Julia Goerges

Jak wyżej:

10. Statystyka:

Spotkania zakończone w dwóch setach: 80
Spotkania zakończone w trzech setach: 43
Maratony (spotkania zakończone wynikiem „8:6″ w trzecim secie lub wyższym:
 krecze: 1
walkowery: 2
porażki rozstawionych: 5, 10, 13, 21, 26, 28, 31 (pierwsza runda) 2, 3, 7, 9, 12, 16, 22, 24, 27, 30 (druga runda) 14, 18, 25, 29, 32 (trzecia runda) 1, 11, 19 (czwarta runda) 6, 8, 17 (ćwierćfinał) 4, 20 (półfinał) 23 (finał)

Ostatnie słowo: Tak dziwny, zwariowany i sensacyjny Wimbledon już się nie nigdy nie powtórzy.

Doha & Dubaj – podsumowanie kobiecych turniejów na Bliskim Wschodzie (cz.1)

Luty jest miesiącem przejściowym między turniejami w Australii, a dwoma zawodami dużej rangi w Ameryce – Indian Wells i Miami. W tym czasie odbywają się dwa turnieje, które mają duże znaczenie dla największych gwiazd światowego tenisa. Są to Qatar Total Open oraz Dubai Duty Free Tennis Championships. Reszta to głównie turnieje rangi International, gdzie słabsze tenisistki mają szanse do uzyskania dobrego rezultatu. Zobaczmy, jak sobie panie radziły na Bliskim Wschodzie.

Zaczniemy od Doha, rozgrywanego tydzień przed Dubajem, w dniach 11-17 luty. W tych zmaganiach udział wzięła cała czołówka, wstawiły się w Katarze wszystkie panie, sklasyfikowane w top 10. Pierwsza czwórka rankingu na początek podejmowała bye - niezwykle groźnego rywala, dzięki któremu turniej rozpoczęły od razu od drugiej rundy. Największym zaskoczeniem pierwszej rundy było odpadnięcie Jeleny Jankovic – owszem, Serbka jest bez formy, jednak porażkę z Niculescu można określić jako zaskoczenie. Niespodziankę sprawiła też min. Darja Gawriłowa, pokonując Anabel Medinę Garrigues oraz Anastasia Rodionova, która wygrała z Zheng Jie. Na starcie był też jeden krecz – Maria Kirilenko poddała spotkanie z Jekateriną Byczkową. W pierwszej rundzie grała też jedna Polka (Agnieszka Radwańska miała wolny los) – Ula Radwańska bez problemów pokonała Nadię Kiczenok, oddając jej tylko jednego gema. Od drugiej rundy do gry weszły największe gwiazdy tego turnieju, czyli pierwsza czwórka rankingu. Nasza „nadzieja polskiego tenisa” na dzień dobry podejmowała dość wybuchową Anastazję Rodionovą, słynną z tego, że w 2007 r. podczas meczu z Angelique Kerber została zdyskwalifikowana za niesportowe zachowanie (czyt. po przegraniu gema wywaliła piłkę w stronę kibiców Niemki – i miała słaby celownik, bo piłka trafiła jedynie w tablicę wyników). Agnieszka szybko i w dwóch setach uporała się z Australijką. Jej siostra miała dużo trudniejsze zadanie, grała bowiem z Robertą Vinci. Uli jednak udało się sprawić małą sensację i pokonała wyżej sklasyfikowaną Włoszkę, choć bez wpadki się nie odbyło – Polka zmarnowała wysokie prowadzenie w drugiej partii, jednak w decydującym secie podarowała Robercie koło od roweru. Najbardziej emocjonującym spotkaniem był między czarnym koniem ostatniego Australian Open – Sloane Stephens, a Klarą Zakopalovą. Amerykanka wygrała pierwszego seta i wszystko zapowiadało się na to, że Sloane wyjdzie z tego pojedynku zwycięsko. Jednak Czeszka pokazała w tym meczu zęby, odrobiła straty i kolejne dwa sety wygrała po tie-breaku. Dużo szczęścia miała też Caroline Wozniacki, która w tie-breaku pierwszego seta obroniła piłki setowe, wygrała te partię, a w następnej partii nie oddała Soranie Cirstei nawet gema. W drugiej rundzie odpadły dwie panie z top 10 – Angelique Kerber przegrała ze swoją rodaczką, Moną Barthel, a Marion Bartoli ze Svetą Kuzniecową. Obie jednak nie przedłużyły swojej passy – w trzeciej rundzie odpadły odpowiednio z Caroline Wozniacki i Samanthą Stosur. Wtedy też zdarzył się pierwszy (i jedyny) rowerek w tym turnieju – Victoria Azarenka wygrała 6:0 6:0 z Christiną McHale. Odpadła jedna z Polek – Ula Radwańska przegrała z Sereną Williams, urywając trzy gemy – chyba nikogo nie dziwi ten wynik. Jej starsza siostra, Agnieszka pokonała Anę Ivanovic w dwóch setach, trzech setów do zwycięstwa potrzebowały za to Petra Kvitova i Sara Errani. W ćwierćfinale zameldowały się wszystkie panie z top 10. Warto to odnotować, bo do tej pory w WTA rzadko tak się działo. W meczu dwóch przyjaciółek, Agnieszka Radwańska pokonała Caroline Wozniacki 6:2 7:5, pomimo prowadzenie 5:3 Dunki w drugim secie. Najbardziej rzuciło mi się w oczy zachowanie ojca-trenera Caroline, który przy prowadzeniu swojej córki 3:0 wyszedł na kort i zaczął ją krytykować i pouczać. Tenisowa Nerwica skwituje to jednym gestem – <facepalm>. Miejmy nadzieję, że Wozniacki weźmie przykład z przyjaciółki i odsunie ojca od trenowania. Meczem turnieju było jednak spotkanie Petry Kvitovej z Sereną Williams. Czeszka, będąca kompletnie bez formy (za to ze sporą nadwagą) pokazała w tym meczu, dlaczego wygrała Wimbledon. Grała jak za najlepszych lat (czyt. 2011 r.), wygrała pierwszego seta 6:3. W drugim Serena wzięła się do roboty, przestała rozdawać prezenty i w takim samym rezultacie wygrała drugą partię. W decydującym secie zaczęła się prawdziwa wojna. Obie zawodniczki grały genialnie, z początku lepiej sobie radziła Kvitova, która prowadziła z przewagą przełamania, jednak nie zdołała udźwignąć presji i zwyciężyło doświadczenie młodszej z sióstr Williams. Dodam, że po tym meczu Serena została liderką rankingu WTA (nareszcie!). W półfinałach doszło do kolejnej niecodziennej dla WTA sytuacji. Otóż w tej fazie turnieju znalazły się cztery najwyżej rozstawione panie. Tam też odpadła nasza „nadzieja” – Agnieszka przegrała ze swoją ulubioną (naszą też) Victorią Azarenką. Był to obraz nędzy i rozpaczy – Polka biegała jak szalona, ale wystarczyło to na ugranie trzech gemów w obu setach. Widać, że Białorusince pasuje gra z Radwańską. Podobnie było w drugim półfinale – Serena bez problemu wygrała z Marią Szarapową, oddając jej pięć gemów. W finale zatem spotkały się rakiety nr 1 i 2. Faworytką była Serena (jak zawsze), jednak doszło do niespodzianki. Azar tym razem nie spartolił prowadzenia (pozdrawiamy finał US Open), była przez cały mecz bardzo skoncentrowana, a w decydującym secie prawie w ogóle nie psuła, a co za tym idzie – udało jej się dokonać niemożliwego, czyli pokonać Serenę Williams. Spotkanie to stało na bardzo wysokim poziomie (finał godny tak dużego turnieju) i zakończył się wynikiem 7:6(6) 2:6 6:3. Białorusinka zdobyła swój 16. tytuł w karierze i drugi raz w karierze zdołała wygrać z Williams (poprzednio: finał Miami 2009). Co prawda nie lubimy Azara i specjalnie się z tym nie kryjemy, ale gratulujemy jej, bo zasłużyła. Grała naprawdę dobrze przez cały turniej i zasłużyła na tytuł.

Statystyki turniejowe:
Spotkania dwusetowe: 40
Spotkania trzysetowe: 11
krecze: 4
porażki rozstawionych: I runda (12), II runda (5, 9, 15, 16, 17), III runda (11, 13), ćwierćfinał (6, 7, 8, 10), półfinał (3,4), finał (2)
najlepsze mecze: Sloane Stephens – Klara Zakopalova (II runda), Petra Kvitova – Serena Williams (ćwierćfinał), Victoria Azarenka – Serena Williams (finał)

cdn…

Australian Open 2013 – pierwsza runda kobiet

Z góry przepraszam za wszystkie opóźnienia – niestety obowiązki szkolne uniemożliwiają mi pisanie postów w terminie. Postaram się wszystko jak najszybciej nadrobić, dlatego bez niepotrzebnego przedłużania, przejdę od razu do najciekawszych spotkań pierwszej rundy.


Jak zawsze zacznę od spotkań polskich zawodniczek. W tegorocznym Australian Open grają dwie Polki – nikogo nie zaskoczę, jak powiem, że są to siostry Radwańskie. W kwalifikacjach do pierwszego turnieju wielkoszlemowego w sezonie miała brać udział jeszcze Sandra Zaniewska, niestety Polka była zmuszona do wycofania się z imprezy z powodu kontuzji, której doznała w meczu kwalifikacyjnym do turnieju w Auckland. Wracając do sióstr Radwańskich – rozpocznę najpierw od meczu starszej z sióstr. Agnieszka w pierwszej rundzie podejmowała reprezentantkę gospodarzy – Bojanę Bobusic. Australijka wywalczyła sobie dziką kartę do turnieju w specjalnych australijskich eliminacjach, gdzie pokonywała wyżej rozstawione rywalki. W losowaniu drabinki turnieju głównego miała pecha, bo na dzień dobry trafiła na czwartą rakietę świata, która w tym sezonie jeszcze nie przegrała meczu. To sprawiło, że Radwa poczuła się zbyt pewnie na korcie, jakby wyszła na mecz z myślą „co nie zrobię i tak wygram”. Tymczasem w pierwszym secie nie było tak słodko. Bojana miała szansę zakończyć seta przy swoim podaniu, dzieliły ją od tego zaledwie dwie piłki. Jednak nie wykorzystała tej szansy, Radwańska ostatecznie zapisała pierwszego seta na swoje konto, a w drugim nie oddała mniej doświadczonej rywalce nawet gema. W drugiej rundzie Polka zagrała z Iriną-Camelią Begu. Wynik: 7:5 6:0 – Agnieszka Radwańska
Tyle szczęścia nie miała młodsza siostra Agnieszki. Urszula pomimo rozstawienia, nie miała najlepszego rozstawienia – w pierwszej rundzie podejmowała groźną Jamie Hampton, która w tym roku ugrała najwięcej w tym roku z jej niepokonaną do tej pory siostrą (Amerykanka przegrała wtedy po dwóch tie-breakach). Ula przegrała dość łatwo, w dwóch setach, popełniając 20 niewymuszonych błędów i notując tylko 8 winnerów. Hampton zakończyła mecz z bilansem winnerów do błędów 33:26. W drugiej rundzie podjęła niejaką Luksikę Kumkhum, która w pierwszej rundzie wyeliminowała Sofię Arvidsson. Wynik: 6:2 6:4 – Jamie Hampton

W pierwszej rundzie doszło do meczu dwóch pań, które jeszcze w 2011 r. obydwie znajdowały się w top 10. Obecnie jedna z nich jest na wylocie z top 10, natomiast druga znajduje się daleko poza nią. Oczywiście tak drastyczny spadek Francesci Schiavone w rankingu można usprawiedliwić wiekiem, o tyle forma Petry Kvitovej jest dla mnie niezrozumiała. Zawodniczka typowana po sezonie 2011 na liderkę rankingu i tenisistkę, która przez lata będzie dominować w rozgrywkach WTA, ma problemy, żeby wygrać choć jeden mecz (choć są plotki, że u Petry nasiliły się problemy z astmą). Ostatecznie wygrała ta młodsza i żeby się dłużej nad nią nie pastwić, podam statystyki: 21:23 u Włoszki i 28:42 u Czeszki. W drugiej rundzie Petra zmierzyła się z leworęczną tak jak ona Laurą Robson. Wynik: 6:4 2:6 6:2 – Petra Kvitova

Do małej sensacji doszło w meczu dwóch zawodniczek z południa Europy. Zawsze groźna i przyjemnie dla oka grająca Carla Suarez Navarro wyeliminowała ubiegłoroczną ćwierćfinalistkę, Sarę Errani. Włoszka, największe zaskoczenie poprzedniego sezonu, nie kontynuuje swojej świetnej passy z 2012 roku. Czyżby miała zostać gwiazdką jednego sezonu i w tym czeka ja solidny spadek w rankingu? Sara skończyła bezpośrednio zaledwie 12 piłek, a popełniła aż 30 niewymuszonych błędów. Statystyki Hiszpanki wyglądają dużo lepiej – co prawda popełniła o jeden błąd więcej od Errani, ale zanotowała również 28 winnerów i w kolejnym meczu podjęła mało sympatyczną Julię Putincewą. Wynik: 6:4 6:4 – Carla Suarez Navarro


Bardzo miłą niespodziankę (dla mnie) sprawiła Kimiko Date-Krumm. 42-letnia Japonka bardzo niespodziewanie i po zaskakująco jednostronnym meczu wygrała z rozstawioną z nr 12 Nadią Petrovą. Mecz ten świetnie zobrazują statystyki: 9:38 (!) u Nadii Petrovej. Z tyloma błędami nie da się wygrać meczu. U Kimiko bilans końcowy wygląda dużo lepiej (17:18). Po tym meczu Japonka została najstarszą tenisistką, która wygrała mecz w Australian Open. W drugiej rundzie Date-Krumm spotkała się z Shahar Peer. Wynik: 6:2 6:0 – Kimiko Date-Krumm

Na koniec jako pewnego rodzaju „wiśniówkę na torcie” zostawiłem sobie mecz dwóch pań, które mogą się poszczycić polskimi korzeniami i bardzo dobrą znajomością naszego pięknego języka. Caroline Wozniacki zmierzyła się z Sabine Lisicki. Losowanie Dunki nie oszczędziło, na początek musiała podjąć bardzo groźną rywalkę. Większość znawców (czyt. hejterów) oczywiście na starcie skazało Carolcie na porażkę, sam uwierzyłem, że Sabine może wygrać. Jednak tak się nie stało, choć Niemka była bardzo blisko (w trzecim secie prowadziła 3:0). Trzeba jednak pochwalić odporność psychiczną Caroline i jednocześnie zaznaczyć, że gdyby nie błędy Sabine, to mogło być ciężko. Szkoda mi Lisicki, bardzo ją lubię, ale cóż, któraś musiała odpaść. Caro w drugiej rundzie zagrała z najmłodszą uczestniczką turnieju, śliczną i utalentowaną Donną Vekic. Wynik: 2:6 6:3 6:3 – Caroline Wozniacki

Rozstawione zawodniczki, które odpadły z turnieju: Sara Errani (7.), Nadia Petrova (12.), Anastazja Pawluczenkowa (24.), Jarosława Szwedowa (29.), Urszula Radwańska (31.), Mona Barthel (32.)

Kobieca drabinka na Australian Open 2013

Już w poniedziałek rozpocznie się pierwszy wielkoszlemowy turniej w roku 2013. Chyba nie muszę mówić, że jest on rozgrywany w Melbourne, na kontynencie australijskim. Będzie to 101. edycja turnieju, a pula nagród wyniesie 30 000 000 dolarów australijskich. W piątek (wg naszego czasu w nocy z czwartku na piątek) odbyło się losowanie drabinek turniejowych. Kobiecą drabinkę losował męski triumfator ubiegłorocznego Australian Open, natomiast męską drabinkę losowała zwyciężczyni z ubiegłego roku – Victoria Azarenka. Wszelkie pretensje proszę więc kierować do nich. Na koniec wstępu dodam jeszcze, że tytułu oprócz Serba i Białorusinki, będą bronić jeszcze Leander Paes z Radkiem Stepankiem (debel mężczyzn), Svetlana Kuznetsova (wygrała debla pań razem z Verą Zvonarevą, jednak tylko Sveta będzie miała szanse obronić tytuł – Vera wycofała się z turnieju) oraz Bethanie Mattek-Sands i Horia Tecau (w mikście).


Rozstawienione zawodniczki:

1. Victoria Azarenka
2. Maria Sharapova
3. Serena Williams
4. Agnieszka Radwańska
5. Angelique Kerber
6. Li Na
7. Sara Errani
8. Petra Kvitova
9. Samantha Stosur
10. Caroline Wozniacki
11. Marion Bartoli
12. Nadia Petrova
13. Ana Ivanovic
14. Maria Kirilenko
15. Dominika Cibulkova
16. Roberta Vinci
17. Lucie Safarova
18. Julia Goerges
19. Ekaterina Makarova
20. Yanina Wickmayer
21. Varvara Lepchenko
22. Jelena Jankovic
23. Klara Zakopalova
24. Anastasia Pavlyuchenkova
25. Venus Williams
26. Hsieh Su-Wei
27. Sorana Cirstea
28. Yaroslava Shvedova
29. Sloane Stephens
30. Tamira Paszek
31. Urszula Radwańska
32. Mona Barthel

Górna połówka:

Dolna połówka:

Ćwiartka Azarenki:
Liderki rankingu zwykle ma bardzo łatwą ćwiartkę i tak jest też tym razem. Azarenka praktycznie nie ma rywalek aż do półfinału (najprawdopodobniej z Sereną). Jednak w tej ćwiartce znajduje się bardziej interesujące nas nazwisko – Ula Radwańska. Polka, po raz pierwszy rozstawiona w turnieju wielkoszlemowym nie miała szczęścia w losowaniu. W pierwszej rundzie z Jamie Hampton, solidną tenisistką (warto dodać – zawodniczką, która w tym roku ugrała najwięcej z Agnieszką Radwańską). Urszula lub Amerykanka mogą być przeciwniczkami Azarenki w trzeciej rundzie. W czwartej rundzie Victoria może zagrać min. z Robertą Vinci lub niedawną zwyciężczynią z Hobartu, Eleną Vesniną. Przejdźmy do drugiej części tej ćwiartki, która jest dużo bardziej interesująca. Tutaj znajdują się dwa nazwiska, które najprawdopodobniej stworzą hit pierwszej rundy: Caroline Wozniacki i Sabine Lisicki. Jedna bez formy, druga zdaje się wracać do optymalnej dyspozycji, może być ciekawie. W trzeciej rundzie z którąś z tych pań zagra zapewne Nastia Pavlyuchenkova, która solidnie przepracowała przerwę między sezonami i zaowocowało to finałem w Brisbane. Warto jeszcze nadmienić tutaj Svetę Kuznetsovą, która wraca po kontuzji i Sarę Erranii, która już w pierwszej rundzie może mieć problem, bowiem trafiła na groźną i nieobliczalną Carlę Suarez Navarro.
Rozstawione: Victoria Azarenka (1.), Urszula Radwańska (31.), Varvara Lepchenko (21.), Roberta Vinci (16.), Caroline Wozniacki (10.), Anastasia Pavlyuchenkova (24.), Hsieh Su-Wei (26.), Sara Errani (7.)
Najciekawsze spotkania: Caroline Wozniacki – Sabine Lisicki, Urszula Radwańska – Jamie Hampton, Sara Errani – Carla Suarez Navarro
Faworytka: Victoria Azarenka
Czarny koń: Anastasia Pavlyuchenova, Svetlana Kuznetsova, Sabine Lisicki

Ćwiartka Williams:
Absolutna faworytka do końcowego triumfu, podobnie jak Azarenka, ma bardzo łatwą drogę do półfinału. W pierwszej rundzie czeka ją pojedynek z Ediną Gallovits-Hall, czyli tenisistką poziomu ITF-ów. Pierwsze poważniejsze wyzwanie może czekać Amerykankę w rundzie trzeciej – tam wg rozstawienia powinna zagrać z Yaroslavą Shvedovą, która podczas zeszłorocznego Wimbledonu urwała seta młodszej z sióstr Williams. Czwarta runda to najprawdopodobniej mecz z Kirilenko, ćwierćfinał to pewnie mecz z kimś z grupy: Nadia Petrova, Sloane Stephens, Petra Kvitova. Bardzo ciekawie zapowiada się pierwszy mecz Czeszki w turnieju – jej rywalką będzie Francesca Schiavone. Spore szanse na sprawienie niespodzianki ma też Laura Robson, która w pierwszy meczu zagra z Melanie Oudin, a następną je rywalką może być Włoszka lub Czeszka. Ja największe szanse daję na ćwierćfinał z Sereną młodej Sloane Stephens, ponieważ jest to bardzo perspektywiczna zawodniczka i bardzo dobrze radzi sobie na turniejach wielkoszlemowych.
Rozstawione: Serena Williams (3.), Yaroslava Shvedova (28.), Yanina Wickmayer (20.), Maria Kirilenko (14.), Nadia Petrova (12.), Lucie Safarova (17.), Sloane Stephens (29.), Petra Kvitova (8.)
Najciekawsze spotkania: Yanina Wickmayer – Jarmila Gajdosova, Nadia Petrova – Kimiko Date-Krumm, Melanie Oudin – Laura Robson, Francesca Schiavone – Petra Kvitova
Faworytka: Serena Williams
Czarny koń: Sloane Stephens, Jarmila Gajdosova, Laura Robson

Ćwiartka Radwańskiej:
Polka przez pierwsze dwie rundy nie powinna mieć żadnych problemów. Zacznie z Bojaną Bobusic, w drugiej rundzie zagra z Arantxą Rus lub Iriną-Camelią Begu. Pierwsze poważniejsze wyzwanie czeka na Agnieszkę w rundzie trzeciej, gdzie najpewniej spotka się z Moną Barthel (ewentualnie Heather Watson). 1/8 finału to najprawdopodobniej pojedynek z Aną Ivanovic, a ćwierćfinał z Na Li (Sam Stosur pewnie odpadnie w pierwszej rundzie, bo jak wiemy, nie radzi sobie na swoim terenie). Dlatego duże szanse na niezły rezultat daje Jie Zheng lub Julii Goerges – obie znajdują się na kursie kolizyjnym z faworytką gospodarzy. W trzeciej rundzie może nas czekać serbski pojedynek – Any Ivanovic i Jeleny Jankovic, dwóch byłych liderek rankingu.
Rozstawione: Na Li (6.), Sorana Cirstea (27.), Julia Goerges (18.), Samantha Stosur (9.), Ana Ivanovic (13.), Jelena Jankovic (22.), Mona Barthel (32.), Agnieszka Radwańska (4.)
Najciekawsze spotkania: Coco Vandeweghe – Sorana Cirstea, Chang-Kai Chen – Samantha Stosur
Faworytka: Agnieszka Radwańska
Czarny koń: Zheng Jie, Mona Barthel

Ćwiartka Sharapovej:
Maria sezon 2013 rozpocznie od spotkanie z Olgą Puchkovą. Prawdziwy hit będzie w trzeciej rundzie – Rosjanka może się w niej zmierzyć z Venus Williams. Może być bardzo emocjonująco. Jeżeli uda się Sharapovej pokonać Amerykankę, to w czwartej rundzie zagra najpewniej z Dominiką Cibulkovą, pod warunkiem, że ta pozbierała się po finale w Sydney, z którego odjechała na rowerku (czyt. nie ugrała ani jednego gema). W ćwierćfinale Maria może podjąć walkę z Angelique Kerber (w zeszłym roku panie spotkały się w III rundzie – wtedy bez problemów wygrała Maria). Możliwy jest też ćwierćfinał Marii z Marion Bartoli, ale ja nie daje Francuzce zbyt dużych szans na awans do tej fazy rozgrywek.
Rozstawione: Angelique Kerber (5.), Tamira Paszek (30.), Ekaterina Makarova (19.), Marion Bartoli (11.), Dominika Cibulkova (15.), Klara Zakopalova (23.), Venus Williams (25.), Maria Sharapova (2.)
Najciekawsze spotkania: Casey Dellacqua – Madison Keys, Dominika Cibulkova – Ashleigh Barty, Venus Williams – Galina Voskoboeva
Faworytka: Maria Sharapova
Czarny koń: Madison Keys, Kirsten Flipkens, Ekaterina Makarova

finał: Serena Williams – Maria Sharapova

Zwyciężczyni: Serena Williams

Podsumowanie sezonu WTA na kortach twardych (cz. 1)

Sezon skończył się już jakiś czas temu, wiem, wybaczcie mi ten drobny poślizg. Może najpierw powiem trochę o tym, jak te podsumowania będą wyglądały z mojej strony. Będą one napisane chronologicznie, czyli teraz piszę od początku do turnieju w Miami, potem biorę się za korty ziemne, następnie spalimy razem trawę, a na końcu będzie powrót na hardy, czyli wylecimy do „JuEsEj”, potem do Azji, a naszą przygodę zakończymy w Turcji, czyli ojczyzny kebabów i w Bułgarii – ojczyzny Grigora Dimitrova. To tyle jeśli chodzi o sprawy organizacyjne, przejdźmy do sedna.

Jak wszyscy wiemy, w obecnych czasach korty twarde zdominowały rozgrywki, zarówno kobiece jak i męskie. Na tej nawierzchni jest rozgrywanych większość turniejów w sezonie, w tym dwa turnieje wielkoszlemowe i turniej mistrzyń. Tegoroczny sezon rozpoczął się idealnie, bo pierwszego dnia roku 2012. W styczniu panie, tradycyjnie już, rozpoczynają (i kończą zresztą też) w Australii, a konkretniej – w Brisbane i w Auckland. Turniej w Brisbane był do tej pory turniejem rangi International, jednak z powodu tego, że dużo gwiazd kobiecego tenisa postanowiły zagrać w rodzinnym mieście Samanthy Stosur (min. Serena Williams i Kim Clijsters), zdecydowano o podwyższeniu rangi tych zmagań do „Premier”. Triumfowała tutaj, dość niespodziewanie, Kaia Kanepi. Estonka straciła w turnieju zaledwie jednego seta, a w finale upokorzyła Danielę Hantuchovą, która z trudem powstrzymywała łzy. Słowaczka i tak ma się z czego cieszyć – do finału dostała się dzięki walkowerowi od Sereny w ćwierćfinale, a w półfinale Clijsters skreczowała w meczu z Danką po wygraniu pierwszego seta.
W równolegle rozgrywanym turnieju w nowozelandzkim Auckland zwyciężyła Jie Zheng, która skorzystała z kreczu Flavii Pennetty w finale. Dla Chinki był to pierwszy tytuł od 6 lat. 9. stycznia rozpoczęły się silnie obsadzone zawody w Sydney. To właśnie tam (zazwyczaj) pojawia się cała światowa czołówka po to, aby sprawdzić swoją formę przed Australian Open. Ostatecznie wygrała tam ówcześnie trzecia rakieta świata – Wiktoria Azarenka. W całym turnieju straciła dwa sety – w półfinale z Agnieszką (tak, Radwa jeszcze potrafiła cokolwiek ugrać z Azarem) oraz w finale z Na Li. Jak się później okazało – to był początek dominacji białoruskiej tenisistki. Warto dodać, że był to ostatni turniej dla Andrei Petkovic – po porażce z Radwańską ogłosiła, że rezygnuje z tenisa na kilka miesięcy z powodu kontuzji pleców. W tym samym tygodniu trwały również zmagania w Hobart. Są to zawody rangi International, więc co za tym idzie – obsada była dużo słabsza. Z całkiem niezłej strony pokazała się wtedy dawno niewidziana Anna Czakwetadze – dotarła do ćwierćfinału, gdzie skreczowała w meczu z Shahar Peer. Cały turniej zakończył się trochę sensacyjnie, gdyż zwyciężyła w nim zawodniczka z kwalifikacji – Mona Barthel. To był dopiero początek dobrych rezultatów dla tenisistek zza naszej zachodniej granicy. Nadszedł czas pierwszego turnieju wielkoszlemowego w sezonie – czyli mój ulubiony Australian Open. Zmagania w Melbourne potwierdziły dominację Azarenki, która dość pewnie zgarnęła tytuł, tracąc sety w ćwierćfinale z Radwańską i w półfinale z broniącą tytułu Kim Clijsters. O Agnieszce wspomniałem przy okazji Białorusinki, więc przejdę do Uli, która dotarła do drugiej rundy. W pierwszej była lepsza od Alison Riske po trzysetowym meczu. Natomiast w drugiej przegrała ze śliczną Soraną Cirsteą, która wcześniej sprawiła wielką sensację, eliminując faworytkę gospodarzy – Samanthę Stosur. Oczywiście Rumunce pomogła słaba psychika rywalki… Po tym turnieju zmieniła się liderka rankingu. Dotychczasowa, czyli Caroline Wozniacki po porażce w ćwierćfinale z Kim Clijsters była pewna tego, że straci okupowaną przez nią pozycję liderki. Zastąpić ją mogła trójka: Kvitova, Azarenka i Sharapova. Wszyscy typowali, że to Czeszka obejmie tron, jednak ta przegrała w półfinale z Rosjanką. Maria za to nie dała rady Azarence, po bardzo jednostronnym pojedynku. Przypomnijmy, że finał panów trwał prawie 6 godzin… Tak więc to właśnie Wiktoria została liderką światowego rankingu. Jednak największą sensacją w Australii była niejaka Sara Errani. Filigranowa Włoszka, na którą nikt nie stawiał, dotarła do ćwierćfinału, gdzie przegrała z Petrą Kvitovą. Był to jednak dość wyrównany mecz (mimo że dwusetowy), a dla Sary to był dopiero początek… Na koniec dodam, że w deblu Errani wraz z Robertą Vinci osiągnęła finał.

Luty w kobiecym tenisie tradycyjnie rozpoczyna turniej w paryskiej hali, którego dyrektorką jest Amelie Mauresmo (tęsknimy!). Francuskiej byłej gwieździe kobiecego tenisa, udało się namówić do udziału w zawodach min. Marię Sharapovą, Na Li, czy swoją rodaczkę Marion Bartoli, zwaną pieszczotliwie przez internautów „slut”. Jednak było też sporo wycofań – z udziału zrezygnowały Jelena Jankovic i Sabine Lisicki. Ostatecznie w turnieju zwyciężyła rodaczka Sabinki – Niemka „Anżelik” Kerber, dając wszystkim do zrozumienia, że do półfinału US Open 2011 nie dotarła przez przypadek. Było to jej pierwsze zwycięstwo w turnieju WTA.
W tym samym czasie odbywał się ulubiony turniej Wiery Zwonariowej, czyli turniej w Pattaya. Jednak to nie Rosjanka wygrała w Tajlandii, tylko Daniela Hantuchova. Tym samym, Słowaczka obroniła ubiegłoroczny tytuł. W następnym tygodniu panie przeniosły się na korty w Katarze. Zawody te były dla mnie dość przełomowe, gdyż zmieniły one moje spojrzenie na zwyciężczynie w Ad-Dausze. Owszem, Wiktoria wygrała pewnie, tracąc średnio jakieś 4 gemy w meczu, jednak cieniem na to rzuca się jej zachowanie podczas meczu półfinałowego z Radwańską, gdzie Białorusinka odwaliła coś, co wyglądało na symulowanie kontuzji. Pytanie tylko: po co? Dodatkowo chciała upokorzyć swoją rywalkę, którą określała jako przyjaciółkę? Tak się nie traktuje przyjaciół. Oczywiście Radwańska głupia nie jest i od razu dostrzegła, co wyprawia Azar. Mecz zakończył się mało sympatycznym, ale całkowicie zasłużonym „handshakiem”.

20 lutego rozpoczęły się aż trzy turnieje: w Dubaju, w Monterrey i w Memphis. W tym pierwszym triumfowała TADAM TADAM: Agnieszka Radwańska. Warto dodać, że z turnieju wycofała się Wiktoria Azarenka (pewnie po to, by uwiarygodnić swoją historię) oraz Petra Kvitova. W Meksyku doszło do dość niespodziewanych rezultatów – w finale spotkały się dwie nierozstawione zawodniczki: Alexandra Cadantu i Timea Babos. Ostatecznie wygrała Węgierka. W amerykańskiej hali wygrała Sofia Arvidsson, po finale z Mariną Erakovic z Nowej Zelandii. Szwedka bardzo sobie upodobała ten turniej – był to już jej trzeci finał w stanie Tennessee, a drugi tytuł – w 2006 r. w meczu finałowym pokonała… Martę Domachowską. Jeszcze na przełomie lutego i marca miały miejsce zmaganie w Malezji. Gwiazdą turnieju w Kuala Lumpur była Agnieszka Radwańska, która swoją drogę tutaj zakończyła na ćwierćfinale, oddając mecz walkowerem, no i zgarniając spore startowe. Mądra decyzja Agnieszki – w końcu tydzień później rozpoczynał się wielki turniej w Indian Wells, położonym na drugim krańcu świata. W Malezji triumfowała zawodniczka, której Polka bez walki oddała wspomniany przeze mnie mecz – była to Hsieh Su-Wei.

Marzec to miesiąc zdominowane przez dwa wielkie turnieje w Ameryce – w Indian Wells i w Miami. Oczywiście w tym czasie są również rozgrywane różnego rodzaju ITF’y, żeby te słabe zawodniczki też mogły sobie gdzieś pograć i pozdobywać punkty o rankingu. W Kalifornii tradycyjnie nie zagrały siostry Williams – Amerykanki omijają ten turniej konsekwentnie, ostatni raz zagrały tam w 2001 r. Zawody te wygrała oczywiście Wiktoria Azarenka, która jeszcze w 2012 r. nie poniosła ani jednej porażki. Po drodze, w meczu ćwierćfinałowym tak sponiewierała Agnieszkę Radwańską, że ta po ugraniu jednego gema cieszyła się, jakby wygrała turniej wielkoszlemowy. Nawet uśmiechnęła się do widowni! A tak na poważnie – strasznie żal mi było Radwy, że Azar tak ją leje. Ostatecznie w tym spotkanie Polka ugrała zawrotną liczbę dwóch gemów. Największa sensacją kalifornijskich zmagań była Angelique Kerber – Niemka, która może się lansować tym, że ma polskie korzenie, dotarła do półfinału tej wielkiej imprezy, gdzie uległa Azarence.

W Miami, ostatnim turnieju, który relacjonuję w tej części doszło do przełomu – Wiktoria Azarenka przegrała pierwszy mecz. Jej katem w ćwierćfinale była niezwykle lubiana i kochana przez wszystkich sympatyków tenisa Marion Bartoli. Takiej okazji nie mogła nie wykorzystać Radwa – można powiedzieć, że dzięki Francuzce wygrała cały turniej. Nie no dobra, nie będę jej umniejszał – w końcu po drodze pokonała samą Venus Williams! Było to największe turniejowe zwycięstwo w całej karierze polskiej tenisistki. W finale Polka była lepsza od samej Marii Szarapowej. Rosjanka przegrała już trzeci finał w obecnym sezonie – na Florydzie, w AO i Indian Wells (z Azarenką). Pragnę wyróżnić tutaj postawę Caroline Wozniacki – Dunka nareszcie zagrała w miarę dobry turniej. Po drodze pokonała Serenę Williams, czym zamknęła gębę wszystkim niedowiarkom, którzy mówili wprost, że Caro nigdy nie wygra z żadną z sióstr Williams. Wozniacki swój występ na tych kortach zakończyła na półfinale. Przegrała w trzech setach z Marią Szarapową. Mecz zakończył się mini-skandalikiem, ponieważ tenisistka z Danii nie podała ręki sędziemu – Kaderowi Nouniemu. Oj, niegrzeczna Caro!

cdn…